29.06.2023, 21:45 ✶
- … żyjemy? - mruknęła, podsuwając Patrickowi odpowiedź na jego pytanie. Bo gdyby nie odwrócili cyklu, gdyby nie uparli się, że chcą żyć – zdecydowanie nie znaleźliby się tutaj, w polowym szpitalu. Tylko w worku czy po prostu gdzieś na boku, czekając, aż ktoś się nimi zainteresuje i odda ziemi bądź ogniowi.
Mruknęła coś bliżej nieokreślonego pod nosem. Tych jebanych kamieni było więcej niż jeden. I jeśli każdy miał taką moc, a nie tylko ten jeden, jedyny… ten skradziony był największy. Co nie znaczyło, że pozostałe nie potrafiły zrobić tego samego, choć może na trochę mniejszą skalę – jeśli rozmiar był wskazówką.
Ale nie powiedziała nic. Może później, gdy przetrawi sobie parę rzeczy, gdy okoliczności – jej zdaniem – będą bardziej sprzyjać takim rozmowom. Bo szpital, w którym ciągle ktoś się kręcił w pobliżu, w którym ciągle słyszała gwar rozmów i wyłapywała ich treść, bynajmniej się w jej opinii nie nadawał do rozprawiania o szczegółach.
Nie wiadomo, kto mógł słuchać.
Zamknęła oczy; i tak niewiele widziała, więc uporczywe wpatrywanie się w któreś z towarzyszy broni i niedoli zdawało się przypominać dłubanie we własnej ranie. Bo nie, to nie tak, że na życzenie nagle dojrzy coś więcej, a zresztą… czuła się tak cholernie zmęczona.
Może osunięcie się w sen nie było taką głupią opcją? Przynajmniej wtedy by nie myślała, nie roztrząsała, nie analizowała wszystkiego krok po kroku, zastanawiając się, czy przypadkiem nie mogli zrobić czegoś inaczej. I tak dalej, i tak dalej…
… gorzej, że sen potrafił zamienić się w koszmar.
Zagadnięta bezpośrednio, obróciła się na bok w tę stronę, z której dochodził głos Victorii. Podciągnęła wyżej koc, jakim była okryta – jakby to magicznie miało sprawić, że ten chłód, który odczuwała, ustąpi ciepłu. Płonne nadzieje…
- Nie o to chodzi – odparła krótko, po czym zacisnęła wargi. Fala furii. Kolejna, bo coraz bardziej zaczynała rozumieć, co się tam stało, choć oczywiście nie w pełni – odkrycie rozmiarów tej klątwy dopiero miało nastąpić.
Przypominało to macanie językiem dziury w zębie – bo to przecież nie tak, że miała po prostu odnotować „o, nie mogę o tym typie mówić” i przejść nad tym do porządku dziennego. Nie. Musiała próbować raz za razem, by co chwila odbijać się od niewidzialnej ściany. Tylko jak to przekazać i czy w ogóle…? Cóż, siedzieli w tym burdelu razem, jakkolwiek by nie patrzeć, a sam fakt zaraz wyjdzie na jaw, bo to przecież nie tak, że temat Dzbana zostanie nagle zamieciony pod dywan i przestanie istnieć.
- Tam, pod koniec… coś się stało. Poczułam coś – zaczęła cicho, rozważając, jak dobrać słowa – I teraz chyba nie mogę… nie mogę... – gwałtowniejszy wdech, sięgnięcie dłonią do gardła. Żeby to najjjaśniejszy szlag trafił.
- Możemy poprosić, jak ktoś przyjdzie – dodała po chwili, choć z pewnym powątpiewaniem w głosie. W istocie, burdel – czy ktokolwiek w ogóle znalazłby czas na szukanie takich rzeczy, kiedy trzeba zajmować się rannymi? Nie liczyła nawet na to, że ktoś z najbliższych wpadnie zerknąć, co i jak, świadoma, że tam naprawdę musiało być dużo do ogarnięcia.
Ale za to liczyła, że wszyscy są cali i zdrowi. I tak rodzina Longbottomów już poniosła o jedną stratę za dużo. Przy czym jej myśli pomknęły zaraz jeszcze dalej – bliscy wszak nie ograniczali się tylko do rodziny, nieprawdaż…?
Mruknęła coś bliżej nieokreślonego pod nosem. Tych jebanych kamieni było więcej niż jeden. I jeśli każdy miał taką moc, a nie tylko ten jeden, jedyny… ten skradziony był największy. Co nie znaczyło, że pozostałe nie potrafiły zrobić tego samego, choć może na trochę mniejszą skalę – jeśli rozmiar był wskazówką.
Ale nie powiedziała nic. Może później, gdy przetrawi sobie parę rzeczy, gdy okoliczności – jej zdaniem – będą bardziej sprzyjać takim rozmowom. Bo szpital, w którym ciągle ktoś się kręcił w pobliżu, w którym ciągle słyszała gwar rozmów i wyłapywała ich treść, bynajmniej się w jej opinii nie nadawał do rozprawiania o szczegółach.
Nie wiadomo, kto mógł słuchać.
Zamknęła oczy; i tak niewiele widziała, więc uporczywe wpatrywanie się w któreś z towarzyszy broni i niedoli zdawało się przypominać dłubanie we własnej ranie. Bo nie, to nie tak, że na życzenie nagle dojrzy coś więcej, a zresztą… czuła się tak cholernie zmęczona.
Może osunięcie się w sen nie było taką głupią opcją? Przynajmniej wtedy by nie myślała, nie roztrząsała, nie analizowała wszystkiego krok po kroku, zastanawiając się, czy przypadkiem nie mogli zrobić czegoś inaczej. I tak dalej, i tak dalej…
… gorzej, że sen potrafił zamienić się w koszmar.
Zagadnięta bezpośrednio, obróciła się na bok w tę stronę, z której dochodził głos Victorii. Podciągnęła wyżej koc, jakim była okryta – jakby to magicznie miało sprawić, że ten chłód, który odczuwała, ustąpi ciepłu. Płonne nadzieje…
- Nie o to chodzi – odparła krótko, po czym zacisnęła wargi. Fala furii. Kolejna, bo coraz bardziej zaczynała rozumieć, co się tam stało, choć oczywiście nie w pełni – odkrycie rozmiarów tej klątwy dopiero miało nastąpić.
Przypominało to macanie językiem dziury w zębie – bo to przecież nie tak, że miała po prostu odnotować „o, nie mogę o tym typie mówić” i przejść nad tym do porządku dziennego. Nie. Musiała próbować raz za razem, by co chwila odbijać się od niewidzialnej ściany. Tylko jak to przekazać i czy w ogóle…? Cóż, siedzieli w tym burdelu razem, jakkolwiek by nie patrzeć, a sam fakt zaraz wyjdzie na jaw, bo to przecież nie tak, że temat Dzbana zostanie nagle zamieciony pod dywan i przestanie istnieć.
- Tam, pod koniec… coś się stało. Poczułam coś – zaczęła cicho, rozważając, jak dobrać słowa – I teraz chyba nie mogę… nie mogę... – gwałtowniejszy wdech, sięgnięcie dłonią do gardła. Żeby to najjjaśniejszy szlag trafił.
- Możemy poprosić, jak ktoś przyjdzie – dodała po chwili, choć z pewnym powątpiewaniem w głosie. W istocie, burdel – czy ktokolwiek w ogóle znalazłby czas na szukanie takich rzeczy, kiedy trzeba zajmować się rannymi? Nie liczyła nawet na to, że ktoś z najbliższych wpadnie zerknąć, co i jak, świadoma, że tam naprawdę musiało być dużo do ogarnięcia.
Ale za to liczyła, że wszyscy są cali i zdrowi. I tak rodzina Longbottomów już poniosła o jedną stratę za dużo. Przy czym jej myśli pomknęły zaraz jeszcze dalej – bliscy wszak nie ograniczali się tylko do rodziny, nieprawdaż…?