Martin żył w absolutnej bierności wobec życzeń matki, tak więc przekazanie go w ręce innej kobiety niczego nie zmieniało. Nie wymagano też od niego wiele, przez co był w stanie godzić się na drobne niedogodności w zamian za ogólny święty spokój. Z Kordelią było podobnie. Chociaż to ona przybyła pod skrzydła rodziny Crouch, tak więc matka Martina wciąż pociągała za sznurki.
— Z pewnością wiele zależy od okoliczności... Gdybyś musiała się przeprowadzić i mieszkać z Edwardem tutaj... — Skinął w stronę domu. — Twoje życie zdecydowanie doznałoby katastrofalnej zmiany. Mój przypadek był na tyle komfortowy, że cały czas pozostałem w swym domu, a Kordelia była równie niezainteresowana mariażem, co ja.
Gdy pozwoliła mu patrzeć, zerknął na nią, ale tylko na moment. Chciał zobaczyć jej reakcję. Tak, jak przewidział — nie było w jej dotyku niczego z chorej fascynacji dziwactwami. Po prostu naukowe oględziny.
Spuścił wzrok. Rozpoznała prawdziwe źródło blizn, ale nie chciał teraz zmieniać wersji wydarzeń. Nie odpowiedział na pytanie, a na podziękowanie skinął głową.
Spojrzał na nią na nowo przez chwilę. Dostrzegł znajome cechy jej twarzy. Jasna cera, błękitne oczy, świetliste włosy. Zupełnie jak jego matka. Nie miała w sobie jednak tej zaciętości i trzymającego w garści salony uśmieszku. Przypominała bardziej jego samego. I dlatego postanowił zadać pytanie.
— Nie jesteś uzdrowicielem, prawda?