29.06.2023, 23:06 ✶
Brenna zwolniła, spoglądając na ducha. Już, już otwierała usta, by spytać, czy kogoś nie widział - bo w tej chwili bardziej niż okoliczności jego śmierci i to, dlaczego nie poszedł dalej, interesowali ją żywi, nie zastanawiała się nad tym nawet - gdy ten przemówił sam.
Dziecko i piesek.
Albo pewna śmierć.
Gdyby duch wspomniał o samej pewnej śmierci, Brenna bez wątpienia poszłaby prosto tam, bo to oznaczało, że w Kniei Godryka było coś, co trzeba zabić i to możliwie szybko. Zanim dorwie kolejne osoby. To był jej dom. Powinien być bezpiecznym miejscem. Ale nie byłaby sobą nawet gdyby zostawiła w lesie umierającego psa, nie mówiąc już o umierającym dziecku. Na litość Merlina, nawet cholernego śmierciożercę, któremu życzyła, by zdechł w męczarniach, ratowała, niszcząc dłoń golema, a potem oddając mu jeden z cennych eliksirów.
Carrow nie musiał oglądać się często. Brenna już parę sekund później nie była za nim: była przed nim.
Nie myślała nad tym nawet. Nie zdążyła choćby pomyśleć o tym, co przyszło jej do głowy później – że Samuel Carrow to naprawdę dobry człowiek, skoro nie zawahał się w takiej sytuacji, chociaż w głębi lasu mogło im coś grozić. W jednej chwili obok Samuela stała kobieta, w następnej – jednym susem minęła go wilczyca. Zagłębiła się w pobliskim gąszczu, kierując się na północ. W tej formie mogła poruszać się szybciej. I miała znacznie czulsze zmysły: jeżeli dziecko lub ten pies będą krwawić... to Brenna powinna to wyczuć. Nie mogła biec z pełną szybkością, więc nie zostawiła go za sobą, ale i tak zmusiła go do przyspieszenia kroku.
Wiedziała już doskonale, że żadne modlitwy nie przyniosą skutku. Szeptała jej słowa tamtego wieczora przed Beltane i jej prośby nie zostały wysłuchane. Nie zwracała się więc do Matki Księżyca, a jednak gdzieś po wilczej głowie tłukła się ta sama myśl, prośba, na podobieństwo modlitwy.
Proszę.
Proszę, niech nie będzie za późno.
Zawiodła już tak wielu ludzi, nie chciała, nie mogła, zawieść tego dziecka, porzuconego samotnie gdzieś w Kniei.
!A2
Dziecko i piesek.
Albo pewna śmierć.
Gdyby duch wspomniał o samej pewnej śmierci, Brenna bez wątpienia poszłaby prosto tam, bo to oznaczało, że w Kniei Godryka było coś, co trzeba zabić i to możliwie szybko. Zanim dorwie kolejne osoby. To był jej dom. Powinien być bezpiecznym miejscem. Ale nie byłaby sobą nawet gdyby zostawiła w lesie umierającego psa, nie mówiąc już o umierającym dziecku. Na litość Merlina, nawet cholernego śmierciożercę, któremu życzyła, by zdechł w męczarniach, ratowała, niszcząc dłoń golema, a potem oddając mu jeden z cennych eliksirów.
Carrow nie musiał oglądać się często. Brenna już parę sekund później nie była za nim: była przed nim.
Nie myślała nad tym nawet. Nie zdążyła choćby pomyśleć o tym, co przyszło jej do głowy później – że Samuel Carrow to naprawdę dobry człowiek, skoro nie zawahał się w takiej sytuacji, chociaż w głębi lasu mogło im coś grozić. W jednej chwili obok Samuela stała kobieta, w następnej – jednym susem minęła go wilczyca. Zagłębiła się w pobliskim gąszczu, kierując się na północ. W tej formie mogła poruszać się szybciej. I miała znacznie czulsze zmysły: jeżeli dziecko lub ten pies będą krwawić... to Brenna powinna to wyczuć. Nie mogła biec z pełną szybkością, więc nie zostawiła go za sobą, ale i tak zmusiła go do przyspieszenia kroku.
Wiedziała już doskonale, że żadne modlitwy nie przyniosą skutku. Szeptała jej słowa tamtego wieczora przed Beltane i jej prośby nie zostały wysłuchane. Nie zwracała się więc do Matki Księżyca, a jednak gdzieś po wilczej głowie tłukła się ta sama myśl, prośba, na podobieństwo modlitwy.
Proszę.
Proszę, niech nie będzie za późno.
Zawiodła już tak wielu ludzi, nie chciała, nie mogła, zawieść tego dziecka, porzuconego samotnie gdzieś w Kniei.
!A2
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.