29.06.2023, 23:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 29.06.2023, 23:54 przez Florence Bulstrode.)
Florence opuściła polanę przed atakiem, odesłana przez Patricka do Doliny Godryka. Tam schroniła się przed nawałnicą i wpatrywała się w okno domu, zaciskając dłonie w pięści w bezradnej obawie. Nie wiedziała, co się działo, ale była pewna jednego.
Jej bracia, Patrick, wszyscy na polanie byli w straszliwym niebezpieczeństwie, a ona nie mogła zrobić niczego, aby im pomóc.
Nic dziwnego, że gdy tylko wiatr zaczął cichnąć, ruszyła biegiem w tym kierunku – i dotarła na miejsce jeszcze nim na dobre rozłożono namiot medyków, zziajana, walcząca o każdy oddech, rozczochrana, zupełnie jak nie ona. Pozwoliła sobie na moment paniki, na próbę odnalezienia najbliższych… aż do chwili, w której zobaczyła pierwszego rannego.
Potem wszystko się ze sobą zlewało.
Zaklęcie. Kolejne zaklęcie. Odmierzanie eliksiru, jednego z tych, które zabrała ze sobą, bo Steward informował ją przecież, że mogą być kłopoty. Panika, tak silna, że omal nie do powstrzymania, kiedy przynieśli Atreusa i Patricka. Przerażenie, towarzyszące jej potem, kiedy opatrywała kolejną osobę, wiedząc już, że Stewardowi nic nie będzie, ale jej najmłodszego brata muszą przenieść do kowenu Macmillanów. Przerażenie starannie skrywane za maską uzdrowicielki. Choć wewnętrznie była cała roztrzęsiona, ruchy miała pewne, a instrukcje pacjentom, osobom, które ich przynosiły i młodszym uzdrowicielom wydawała spokojnym, stanowczym głosem.
Kiedy Cameron się przebudził i odezwał, właśnie nastawiła nogę pewnego jegomościa, który miał pecha walnąć o drzewo, ale szczęście przeżycia. Właściwie nic dziwnego, że chłopak nie rozpoznał jej od tyłu. Włosy Florence były trochę rozczochrane, spódnica pomięta i przybrudzona ziemią. Z dużym prawdopodobieństwem Cameron – ani żaden inny stażysta – nigdy nie widział jej w takim stanie.
Za to ton głosu nie różnił się od tego, jakim zwracała się do niego zwykle. Odwróciła się, tylko na moment.
- „Ej sorry”, panie Lupin? – spytała uprzejmie, teraz machnięciami różdżki wyczarowywała usztywnienie. - Spał pan przez dwie godziny. Jeżeli można polegać na mojej opinii, jest pan dostatecznie żywy, aby po takim czasie wstać z łóżka, bo owszem, znaleziono wiele osób, które potrzebują pomocy uzdrowicieli. A teraz niech pan będzie łaskawy wstać i odmierzyć dwie porcje Szkiele Wzro. Zielona fiolka w mojej torbie – poinstruowała, jakby nigdy nic. Jej torba unosiła się w powietrzu jakiś metr dalej.
Sama obejrzała wcześniej Camerona. Nie wydawał się ranny, jedynie wyczerpany. Sądząc po tym, w jaki sposób zwrócił się do niej na dzień dobry, był nieco skonfundowany, ale jego stan psychiczny raczej nie zwiastował rychłego załamania. Mógł więc pomóc przy innych rannych, bo bogowie jej świadkami, że brakowało im rąk do pracy. Niemożność teleportacji i całe to zamieszanie sprawiało, że na miejsce dotarło w jej opinii zbyt niewielu uzdrowicieli.
Jej bracia, Patrick, wszyscy na polanie byli w straszliwym niebezpieczeństwie, a ona nie mogła zrobić niczego, aby im pomóc.
Nic dziwnego, że gdy tylko wiatr zaczął cichnąć, ruszyła biegiem w tym kierunku – i dotarła na miejsce jeszcze nim na dobre rozłożono namiot medyków, zziajana, walcząca o każdy oddech, rozczochrana, zupełnie jak nie ona. Pozwoliła sobie na moment paniki, na próbę odnalezienia najbliższych… aż do chwili, w której zobaczyła pierwszego rannego.
Potem wszystko się ze sobą zlewało.
Zaklęcie. Kolejne zaklęcie. Odmierzanie eliksiru, jednego z tych, które zabrała ze sobą, bo Steward informował ją przecież, że mogą być kłopoty. Panika, tak silna, że omal nie do powstrzymania, kiedy przynieśli Atreusa i Patricka. Przerażenie, towarzyszące jej potem, kiedy opatrywała kolejną osobę, wiedząc już, że Stewardowi nic nie będzie, ale jej najmłodszego brata muszą przenieść do kowenu Macmillanów. Przerażenie starannie skrywane za maską uzdrowicielki. Choć wewnętrznie była cała roztrzęsiona, ruchy miała pewne, a instrukcje pacjentom, osobom, które ich przynosiły i młodszym uzdrowicielom wydawała spokojnym, stanowczym głosem.
Kiedy Cameron się przebudził i odezwał, właśnie nastawiła nogę pewnego jegomościa, który miał pecha walnąć o drzewo, ale szczęście przeżycia. Właściwie nic dziwnego, że chłopak nie rozpoznał jej od tyłu. Włosy Florence były trochę rozczochrane, spódnica pomięta i przybrudzona ziemią. Z dużym prawdopodobieństwem Cameron – ani żaden inny stażysta – nigdy nie widział jej w takim stanie.
Za to ton głosu nie różnił się od tego, jakim zwracała się do niego zwykle. Odwróciła się, tylko na moment.
- „Ej sorry”, panie Lupin? – spytała uprzejmie, teraz machnięciami różdżki wyczarowywała usztywnienie. - Spał pan przez dwie godziny. Jeżeli można polegać na mojej opinii, jest pan dostatecznie żywy, aby po takim czasie wstać z łóżka, bo owszem, znaleziono wiele osób, które potrzebują pomocy uzdrowicieli. A teraz niech pan będzie łaskawy wstać i odmierzyć dwie porcje Szkiele Wzro. Zielona fiolka w mojej torbie – poinstruowała, jakby nigdy nic. Jej torba unosiła się w powietrzu jakiś metr dalej.
Sama obejrzała wcześniej Camerona. Nie wydawał się ranny, jedynie wyczerpany. Sądząc po tym, w jaki sposób zwrócił się do niej na dzień dobry, był nieco skonfundowany, ale jego stan psychiczny raczej nie zwiastował rychłego załamania. Mógł więc pomóc przy innych rannych, bo bogowie jej świadkami, że brakowało im rąk do pracy. Niemożność teleportacji i całe to zamieszanie sprawiało, że na miejsce dotarło w jej opinii zbyt niewielu uzdrowicieli.