02.11.2022, 15:15 ✶
Tym razem Patrick przez chwilę wyglądał na naprawdę skonsternowanego, a potem roześmiał się cicho, choć całkiem szczerze i pewnie dopiero przy tym śmiechu dało się wyczuć jak różny był to od tych udawanych śmiech. Pokręcił z niedowierzaniem głową.
- Gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że ze mną flirtujesz – rzucił lekkim tonem. Dobrze wiedział, że w pomiętej koszuli, po całym dniu pracy i kilku godzinach w pubie, nie prezentował się szczególnie atrakcyjnie. – A to mogłoby bardzo skomplikować nasze relacje. Gdybyś jeszcze nie była magomedyczką… ale wiesz jak trudno jest podarować kwiaty kobiecie, która zna się na ziołach? Ususzę te róże, będą doskonałe do herbaty! Czy ja dobrze widzę i masz zaczerwienione oczy? Piłeś wczoraj albo jesteś przeziębiony, jak dobrze, że mam tu eliksir pieprzowy. Będzie ci, co prawda, trochę dymiło z uszu podczas wizyty u moich rodziców, ale… - machnął ręką, jakby był to nic nie znaczący szczegół.
I znowu prawda leżała gdzieś po środku. Patrick coś tam słyszał, coś tam wiedział, gdzieś tam bywał. Ale albo nie dowierzał informacjom, które posiadał, albo ciągle uważał je za niepełne. I Florence dokładała do nich kolejną cegiełkę, nawet jeśli nie zdradzała przy tym żadnego sekretu (czy to własnego, czy to cudzego) a jedynie powtarzała nazwiska, które gdzieś już usłyszał. Była w końcu czarownicą czystokrwistą, była pracownicą Św. Mungo, była Bulstrode’ówną.
Odstawił pusty kubek na stolik i podniósł się z krzesła. Jeszcze raz poruszył ramieniem, które przyjęło na siebie główny ciężar Stanleya.
- Dzięki za rozmowę i za zajęcie się Stanleyem – rzucił na pożegnanie. – Nie przepracowuj się tam za bardzo. No i wypadałoby się jeszcze kiedyś spotkać. Może w jakichś mniej przypadkowych okolicznościach? – podkreślił, a potem odszedł korytarzem, kierując się ku wyjściu ze Św. Mungo.
- Gdybym cię nie znał, pomyślałbym, że ze mną flirtujesz – rzucił lekkim tonem. Dobrze wiedział, że w pomiętej koszuli, po całym dniu pracy i kilku godzinach w pubie, nie prezentował się szczególnie atrakcyjnie. – A to mogłoby bardzo skomplikować nasze relacje. Gdybyś jeszcze nie była magomedyczką… ale wiesz jak trudno jest podarować kwiaty kobiecie, która zna się na ziołach? Ususzę te róże, będą doskonałe do herbaty! Czy ja dobrze widzę i masz zaczerwienione oczy? Piłeś wczoraj albo jesteś przeziębiony, jak dobrze, że mam tu eliksir pieprzowy. Będzie ci, co prawda, trochę dymiło z uszu podczas wizyty u moich rodziców, ale… - machnął ręką, jakby był to nic nie znaczący szczegół.
I znowu prawda leżała gdzieś po środku. Patrick coś tam słyszał, coś tam wiedział, gdzieś tam bywał. Ale albo nie dowierzał informacjom, które posiadał, albo ciągle uważał je za niepełne. I Florence dokładała do nich kolejną cegiełkę, nawet jeśli nie zdradzała przy tym żadnego sekretu (czy to własnego, czy to cudzego) a jedynie powtarzała nazwiska, które gdzieś już usłyszał. Była w końcu czarownicą czystokrwistą, była pracownicą Św. Mungo, była Bulstrode’ówną.
Odstawił pusty kubek na stolik i podniósł się z krzesła. Jeszcze raz poruszył ramieniem, które przyjęło na siebie główny ciężar Stanleya.
- Dzięki za rozmowę i za zajęcie się Stanleyem – rzucił na pożegnanie. – Nie przepracowuj się tam za bardzo. No i wypadałoby się jeszcze kiedyś spotkać. Może w jakichś mniej przypadkowych okolicznościach? – podkreślił, a potem odszedł korytarzem, kierując się ku wyjściu ze Św. Mungo.
Koniec sesji