— No co ty, nic mi się nie stanie. W końcu jesteśmy podwójni, co nie? Może jak trafi mnie to wtedy włączy się Gio? Haha, żartuję. Ale może zadziałałoby to tak, gdyby trzasnął Avadą w kogoś z rozszczepieniem duszy. W końcu to zaklęcie nie niszczy ciała tylko... No wiesz... — Wzruszył ramionami nie wiedząc jak kontynuować ten wątek. Ale potem i tak machnął ręką. Pewnie i tak nigdy nie znajdzie się w żadnej akcji wymagającej użycia różdżki do czegoś więcej niż podniesienia kamienia. Gio za bardzo się o to starał.
Jęknął boleśnie w reakcji na wypowiedź Geraldine. Pokiwał głową.
— Widzisz, nie rozumiesz... Ja nie chcę być jedną z najważniejszych osób. Ja chcę być... — urwał. Co on właściwie mówił? Że chciał być tą jedną jedyną najważniejszą osobą? Ale właściwie dlaczego? Nie rozumiał tego. Może wczorajsze wydarzenia oświeciły go trochę i dostrzegł swoje życie z innej perspektywy. Kto wie. — Nie wiem, Ger. Nie wiem, czy jest sens wylewać z siebie żałość słów. To niczego nie zmieni na lepsze, a może jeszcze przyciągnąć gorsze. Zostawmy to, jak jest... Ja... Już pójdę... — Wstał i otrzepał niewidzialne pyłki z ubrania. — Żyj w spokoju... I pamiętaj: zawsze możesz na mnie liczyć. Jak na przyjaciela...
Jawił się w iście poetyckiej formie niczym bohater dramatu. Niewiarygodna kreacja, takiej jeszcze przed Geraldine nie przyjmował, chociaż przy innych czasem zdarzało mu się odgrywać mniej lub bardziej cudaczne role.
Wolnym krokiem zaczął sunąć w stronę drzwi wyjściowych.