To, co wydarzyło się tego dnia na sabacie przekroczyło wszystkie granice moralności. O'Dwyer nigdy nie podejrzewał, by śmierciożercy ją posiadali, miał wyrobioną opinię na ich temat... jednak tak jak wcześniej, poplecznicy Voldemorta sięgali dna, tak teraz robili przewiert w jego głąb. Nawet nie próbował doszukiwać się w tym logiki, przynajmniej teraz. Na to przyjdzie czas później. Teraz najważniejsze było odnaleźć poszkodowanych, którzy po prostu znaleźli się w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie. Czy tu wciąż chodziło wyłącznie o status krwi? Gdyby tak było, nie ucierpiałoby tak wiele czarodziejów półkrwi lub czystokrwistych W oczach Vincenta, to była wymówka. Każdą przemoc i psychopatyczne żądze dało się usprawiedliwić wygodną wymówką. Sęk w tym, że wymówka śmierciożerców była absolutnie bezsensowna.
Szczęśliwie, całe jego rodzeństwo było bezpieczne. Z czystym sumieniem pojawił się na polanie już o świcie, gotów udzielić pomocy, takiej, jaka tylko będzie potrzebna. Jak się okazało, jego zadaniem miało być wyruszenie do lasu i przeszukanie go. O'Dwyer spędzał w lesie więcej czasu, niż w jakimkolwiek innym miejscu - czuł się tam po prostu jak u siebie. Bez wahania zgodził się na przemierzanie lasu i pomoc potrzebującym, jeżeli tylko takowi znajdą się na jego drodze. Lubił Longbottom, choć nie mógł oprzeć się wrażeniu, że kobieta wyglądała po prostu tragicznie. Domyślał się, że ma to związek z wydarzeniami, jednak nie dopytywał o nic. Teraz nie było na to czasu i musieli skupić się na innych rzeczach.
Pod postacią szopa pracza biegł przez las, starając się wytężyć zmysły, które być może pomogłyby im na zlokalizowanie kogoś. Szop... czemu to musiał być szop? Naprawdę, nie mógł przemieniać się nie wiem, w sokoła? Jastrzębia? Nawet kruk byłby bardziej majestatyczny niż puchate, niezdarne stworzenie, które wkładało rozpuszczalne jedzenie do wody z chęcią umycia go. Jakkolwiek bardzo się starał, nie mógł dogonić Brenny - miał po prostu zbyt krótkie nóżki. Kiedy ta zwolniła na moment, w jego głowie pojawił si dziki, bardzo dziwny plan, o którego sam nigdy by się nie podejrzewał. Tym razem nie mógł wybrzydzać, poza tym nie miał jeszcze okazji do takich aktywności - jednym solidnym susem wskoczył na plecy wilka i usiadł, jedną łapką łapiąc się futra na karku, w obawie (najpewniej słusznej), że jeżeli nie będzie uważał, to przy byle potknięciu spadnie i to on będzie tym, który będzie polegał na pomocy innych.
Poruszał nosem, wyraźnie starając się złapać trop. Kiedy dotarła do niego bardzo słaba woń, którą całkiem dobrze kojarzył, Brenna mogła poczuć, jak ten lekko szarpie ją za sierść na karku, ewidentnie chcąc zwrócić na siebie uwagę. Drugą łapą wskazał bardzo wąską ścieżkę, na lewo od nich. W razie gdyby w pędzie nie zwróciła na to uwagi, był gotów szarpnąć mocniej, w ostateczności nawet ugryźć - cóż, jak to się mówi, cel uświęca środki.