01.07.2023, 08:54 ✶
Brenna milczała, długo, bardzo długo. Na tyle długo, że Sam zdążył nie tylko ją doścignąć, ale też przejść dalej, usiąść obok dziecka, odezwać się. Kiedy to na moment przestało płakać i wreszcie dostrzegło obecność Carrowa, też nie przemówiła od razu. Powoli zmieniła tylko pozycję, i teraz nie klęczała już na ziemi, a siedziała, wciąż zapatrzona w ducha.
Widywała już duchy. Ich widok jej nie przerażał, a zwykle także nie poruszał. W Hogwarcie było ich pełno, ba, trafił się nawet duch nastolatki. Brenna zwykle nie myślała o tym, że kiedyś byli żywi, że tego życia im brakowało, przyjmowała po prostu ich istnienie jako coś oczywistego. Dopiero dużo później dowiedziała się, że to cienie tych, którzy z jakichś powodów nie poszli dalej – ale wciąż, sami podjęli decyzję, a chodzili (czy raczej unosili się) po świecie o wiele dłużej od niej, ich śmierć nastąpiła dawno, dawno temu.
To było coś innego.
On umarł tu, teraz, może gdyby nie spędziła tej chwili śpiąc, zwinięta w kłębek, dotarłaby tutaj na czas. Może wcale nie wywiało ciała tego dziecka: może zostało pożarte albo wyniesione przez „coś złego”, co miało czaić się w drzewie, co może było teraz na południu. On umarł, bo Voldemort śnił o potędze, jaka nie przysługiwała żadnemu spośród śmiertelników. On umarł, bo znalazł się na Beltane, i gdyby tylko…
…gdyby tylko.
– Jak się nazywasz? Gdzie ostatni raz widziałeś mamę? – spytała w końcu cicho, z trudem wypowiadając słowa. Może Samuel kłamał, ale dla niej nie było to kłamstwo. Matka tego chłopca mogła zginąć albo żyć. Jeżeli żyła, Brenna zamierzała ją potem znaleźć. Musiała wiedzieć, co spotkało jej dziecko, by nie szukać go beznadziejnie w tym strasznym lesie.
Jeśli umarła…
Znaleźć mógł ją tylko ten chłopiec.
Gniew, jaki ją palił, przygasł, przytłumiony przez narastający smutek. Tlił się dalej gdzieś we wnętrzu, ale już słabo, i ten płomień nie palił, a mroził. Jak powiedzieć dziecko, że musi umrzeć? Że już nie żyje?
– Powinieneś… – zaczęła kobieta i urwała, gdy kolejne słowa uwięziły jej w gardle. Umrzeć? Nie powinien umrzeć. Powinien cieszyć się dzieciństwem, dorosnąć i przeżyć swoje życie. Ale to zostało mu bezpowrotnie odebrane. I nie mógł tutaj zostać, nie mógł błąkać się przez kolejne setki lat, poszukując w lesie zaginionej matki. – Powinieneś… iść dalej. Na drugą stronę – szepnęła, pochylając się ku niemu, by dotknąć widmowej dłoni. Tylko po to, by pokazać mu, że jej palce przez nią przejdą: że nie należą już do jednego świata. – Wiem, że zostałeś tutaj, żeby znaleźć mamę. Ale możliwe, że tutaj nigdy jej nie znajdziesz. A jeśli pójdziesz dalej i to tam na nią poczekasz… na pewno do ciebie przyjdzie.
Jeżeli zginęła w tym lesie, już tam była.
Jeżeli nie…
To pewnego dnia go tam znajdzie.
Brenna próbowała znaleźć pocieszenie w tej myśli: bez której musieli żyć mugole, nie wiedzący o limbo, nie widujący duchów, samotni w obliczu śmierci. Ale nie potrafiła. Jeszcze nie dziś.
Widywała już duchy. Ich widok jej nie przerażał, a zwykle także nie poruszał. W Hogwarcie było ich pełno, ba, trafił się nawet duch nastolatki. Brenna zwykle nie myślała o tym, że kiedyś byli żywi, że tego życia im brakowało, przyjmowała po prostu ich istnienie jako coś oczywistego. Dopiero dużo później dowiedziała się, że to cienie tych, którzy z jakichś powodów nie poszli dalej – ale wciąż, sami podjęli decyzję, a chodzili (czy raczej unosili się) po świecie o wiele dłużej od niej, ich śmierć nastąpiła dawno, dawno temu.
To było coś innego.
On umarł tu, teraz, może gdyby nie spędziła tej chwili śpiąc, zwinięta w kłębek, dotarłaby tutaj na czas. Może wcale nie wywiało ciała tego dziecka: może zostało pożarte albo wyniesione przez „coś złego”, co miało czaić się w drzewie, co może było teraz na południu. On umarł, bo Voldemort śnił o potędze, jaka nie przysługiwała żadnemu spośród śmiertelników. On umarł, bo znalazł się na Beltane, i gdyby tylko…
…gdyby tylko.
– Jak się nazywasz? Gdzie ostatni raz widziałeś mamę? – spytała w końcu cicho, z trudem wypowiadając słowa. Może Samuel kłamał, ale dla niej nie było to kłamstwo. Matka tego chłopca mogła zginąć albo żyć. Jeżeli żyła, Brenna zamierzała ją potem znaleźć. Musiała wiedzieć, co spotkało jej dziecko, by nie szukać go beznadziejnie w tym strasznym lesie.
Jeśli umarła…
Znaleźć mógł ją tylko ten chłopiec.
Gniew, jaki ją palił, przygasł, przytłumiony przez narastający smutek. Tlił się dalej gdzieś we wnętrzu, ale już słabo, i ten płomień nie palił, a mroził. Jak powiedzieć dziecko, że musi umrzeć? Że już nie żyje?
– Powinieneś… – zaczęła kobieta i urwała, gdy kolejne słowa uwięziły jej w gardle. Umrzeć? Nie powinien umrzeć. Powinien cieszyć się dzieciństwem, dorosnąć i przeżyć swoje życie. Ale to zostało mu bezpowrotnie odebrane. I nie mógł tutaj zostać, nie mógł błąkać się przez kolejne setki lat, poszukując w lesie zaginionej matki. – Powinieneś… iść dalej. Na drugą stronę – szepnęła, pochylając się ku niemu, by dotknąć widmowej dłoni. Tylko po to, by pokazać mu, że jej palce przez nią przejdą: że nie należą już do jednego świata. – Wiem, że zostałeś tutaj, żeby znaleźć mamę. Ale możliwe, że tutaj nigdy jej nie znajdziesz. A jeśli pójdziesz dalej i to tam na nią poczekasz… na pewno do ciebie przyjdzie.
Jeżeli zginęła w tym lesie, już tam była.
Jeżeli nie…
To pewnego dnia go tam znajdzie.
Brenna próbowała znaleźć pocieszenie w tej myśli: bez której musieli żyć mugole, nie wiedzący o limbo, nie widujący duchów, samotni w obliczu śmierci. Ale nie potrafiła. Jeszcze nie dziś.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.