01.07.2023, 11:50 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 01.07.2023, 12:53 przez Mavelle Bones.)
!longbottom1
Na twarzy Mav pojawił się blady uśmiech. Tak. Suknia bez suwaków, z kieszeniami, idealna do pogoni. Czyli też nie mogła się specjalnie plątać między nogami – zwłaszcza że podejrzewała, że w takiej bardzo, bardzo szybko wyłożyłaby się jak długa. I o, tyle z pogoni.
Szybko jednak zbladł, zniknął. Przebłyski wesołości na dłuższą metę nie potrafiły rozproszyć mroku, który w tej chwili wydawał się być bardzo, bardzo gęsty i wieczny. Jak mogło być kiedykolwiek lepiej? W obliczu potęgi Voldemorta? W obliczu tego, co robił, strat, jakie ponieśli? Jak mogło…
… płomień nadziei gdzieś głęboko się tlił, ale w tej chwili był zbyt słaby, by Mavelle mogła ujrzeć wszystko w innych barwach. Przypominało to swego rodzaju sinusoidę – od całkowitego poczucia beznadziei, do pełnej zaciekłości złości i gotowości do działania, by zaraz mieć znowu ochotę zaszyć się pod kocem, zwinąć w kłębek i zastanawiać się, dlaczego wszystko poszło tak bardzo nie tak.
Gdzieś z tyłu głowy, oczywiście, miała tę świadomość, że nie mogła się poddać – bo przecież po co w takim razie by wracała? Zbyt wiele rzeczy do zrobienia, zbyt wiele osób do pozostawienia, zbyt wiele obietnic do złamania. Bo przecież kazano jej wrócić. Bo twierdziła, że wróci. Jak więc mogła przekreślić to wszystko…?
- Przepraszam, Brennie – wydusiła z siebie cicho – Naprawdę muszę sobie wszystko poukładać. Po prostu… nie dziś. A i tak część będziesz chyba musiała usłyszeć od Patricka – sięgnęła wolną dłonią do gardła. Pewnych rzeczy nie mogła mówić, choć bardzo, bardzo chciała. A najgorsze, że to jednak nie sprowadzało się tylko do słów.
Czy to oznaczało, że Voldemort wyrwał jej kły…? Czy to znaczyło, że jeśli znów staną naprzeciw siebie – nie będzie w stanie unieść różdżki, sprzeciwić mu się, udowodnić, jak bardzo się mylił…? Cholera. Tak bardzo miała dość uzdrowicieli – ale nad tym nie mogła przejść do porządku dziennego. Nie mogła pozwolić, by Naczelny Dzban odniósł zwycięstwo nawet na tak małym polu – małym, bo w szerszym ujęciu wydawało się to być pozbawione znaczenia. Klątwa ta przecież nie wpływała na koło roku, nie niosła ze sobą większych konsekwencji dla otoczenia, po prostu… obejmowała tylko ją.
Oby istniał klątwołamacz, który będzie potrafił tego dokonać.
Fakt, iż Brenna nie pozwoliła się jej wycofać, nieco podnosił na duchu. Ale i też sprawiło to, że oczy Bones się zaszkliły – nie, jeszcze nie płakała, jeszcze się trzymała. Tylko… to był naprawdę długi dzień. Wszystkie wspomnienia zaś – nazbyt świeże i obarczone ciężarem. Prawdą, którą nie chciała przyjąć do wiadomości.
- Odpoczywałam cały dzień – odparła miękko, robiąc dobrą minę do złej gry. Fakt, z którejkolwiek strony by nie patrzeć, miała za sobą długie godziny leżenia i dochodzenia do siebie, kiedy Brenna… - Ale ty powinnaś.
I wtedy stało się to; spojrzenie Bones na chwilę się zamgliło.
Wypłynęło niepostrzeżenie na wierzch. Nie mogło należeć do niej samej – bo gdy Lucy się rodziła, Mav jeszcze nie było na świecie. A już na pewno nie pracowała jako auror – ani wtedy, ani teraz. Wciągnęła dość gwałtownie powietrze, chyba w próbie opanowania własnych emocji; ścisnęła mocniej dłoń Brenny. Ale emocji było zbyt wiele – bo nie tylko własne, lecz i te płynące ze wspomnienia.
- On… wujek... chyba naprawdę nie żyje – głos się załamał. Odwróciła gwałtownie głowę, próbując ukryć łzy, te same, które próbowała otrzeć dłonią.
Ale napływało ich zbyt wiele, tak samo jak po prostu tego wszystkiego po prostu było za dużo. O wiele za dużo na jedną Mav, która gdzieś miała swoje granice wytrzymałości – i to cholerne wspomnienie stanowiło wisienkę na torcie.
Na twarzy Mav pojawił się blady uśmiech. Tak. Suknia bez suwaków, z kieszeniami, idealna do pogoni. Czyli też nie mogła się specjalnie plątać między nogami – zwłaszcza że podejrzewała, że w takiej bardzo, bardzo szybko wyłożyłaby się jak długa. I o, tyle z pogoni.
Szybko jednak zbladł, zniknął. Przebłyski wesołości na dłuższą metę nie potrafiły rozproszyć mroku, który w tej chwili wydawał się być bardzo, bardzo gęsty i wieczny. Jak mogło być kiedykolwiek lepiej? W obliczu potęgi Voldemorta? W obliczu tego, co robił, strat, jakie ponieśli? Jak mogło…
… płomień nadziei gdzieś głęboko się tlił, ale w tej chwili był zbyt słaby, by Mavelle mogła ujrzeć wszystko w innych barwach. Przypominało to swego rodzaju sinusoidę – od całkowitego poczucia beznadziei, do pełnej zaciekłości złości i gotowości do działania, by zaraz mieć znowu ochotę zaszyć się pod kocem, zwinąć w kłębek i zastanawiać się, dlaczego wszystko poszło tak bardzo nie tak.
Gdzieś z tyłu głowy, oczywiście, miała tę świadomość, że nie mogła się poddać – bo przecież po co w takim razie by wracała? Zbyt wiele rzeczy do zrobienia, zbyt wiele osób do pozostawienia, zbyt wiele obietnic do złamania. Bo przecież kazano jej wrócić. Bo twierdziła, że wróci. Jak więc mogła przekreślić to wszystko…?
- Przepraszam, Brennie – wydusiła z siebie cicho – Naprawdę muszę sobie wszystko poukładać. Po prostu… nie dziś. A i tak część będziesz chyba musiała usłyszeć od Patricka – sięgnęła wolną dłonią do gardła. Pewnych rzeczy nie mogła mówić, choć bardzo, bardzo chciała. A najgorsze, że to jednak nie sprowadzało się tylko do słów.
Czy to oznaczało, że Voldemort wyrwał jej kły…? Czy to znaczyło, że jeśli znów staną naprzeciw siebie – nie będzie w stanie unieść różdżki, sprzeciwić mu się, udowodnić, jak bardzo się mylił…? Cholera. Tak bardzo miała dość uzdrowicieli – ale nad tym nie mogła przejść do porządku dziennego. Nie mogła pozwolić, by Naczelny Dzban odniósł zwycięstwo nawet na tak małym polu – małym, bo w szerszym ujęciu wydawało się to być pozbawione znaczenia. Klątwa ta przecież nie wpływała na koło roku, nie niosła ze sobą większych konsekwencji dla otoczenia, po prostu… obejmowała tylko ją.
Oby istniał klątwołamacz, który będzie potrafił tego dokonać.
Fakt, iż Brenna nie pozwoliła się jej wycofać, nieco podnosił na duchu. Ale i też sprawiło to, że oczy Bones się zaszkliły – nie, jeszcze nie płakała, jeszcze się trzymała. Tylko… to był naprawdę długi dzień. Wszystkie wspomnienia zaś – nazbyt świeże i obarczone ciężarem. Prawdą, którą nie chciała przyjąć do wiadomości.
- Odpoczywałam cały dzień – odparła miękko, robiąc dobrą minę do złej gry. Fakt, z którejkolwiek strony by nie patrzeć, miała za sobą długie godziny leżenia i dochodzenia do siebie, kiedy Brenna… - Ale ty powinnaś.
I wtedy stało się to; spojrzenie Bones na chwilę się zamgliło.
Wypłynęło niepostrzeżenie na wierzch. Nie mogło należeć do niej samej – bo gdy Lucy się rodziła, Mav jeszcze nie było na świecie. A już na pewno nie pracowała jako auror – ani wtedy, ani teraz. Wciągnęła dość gwałtownie powietrze, chyba w próbie opanowania własnych emocji; ścisnęła mocniej dłoń Brenny. Ale emocji było zbyt wiele – bo nie tylko własne, lecz i te płynące ze wspomnienia.
- On… wujek... chyba naprawdę nie żyje – głos się załamał. Odwróciła gwałtownie głowę, próbując ukryć łzy, te same, które próbowała otrzeć dłonią.
Ale napływało ich zbyt wiele, tak samo jak po prostu tego wszystkiego po prostu było za dużo. O wiele za dużo na jedną Mav, która gdzieś miała swoje granice wytrzymałości – i to cholerne wspomnienie stanowiło wisienkę na torcie.