01.07.2023, 14:47 ✶
O ile wcześniej trzymała się jeszcze nadziei, że wspomnienie, w którym odwraca cykl i zyskuje coś więcej niż tylko własne wspomnienia było ułudą, omamem, tak teraz miała dowód na to, że to żaden zwid. Bo Voldemorta nie posądzała o zaszczepieniu czegoś, od czego tak bolało serce Ze wzruszenia, nie ze strachu, przerażenia. Od płynącego z tego szczęścia, nie całkowitej beznadziei i czołgania się w brudzie, by ukorzyć się przed wielkim, przebrzydłym…
Nie, Dzban naprawdę był ostatnią osobą, którą mogłaby podejrzewać o podsunięcie tego rodzaju wizji, nawet jeśli miałaby na celu zbicie z tropu, wdeptanie w pył. Był śmiercią i zniszczeniem, nie życiem i nadzieją.
Dlatego też to wspomnienie miało o wiele większą moc. Bo niosło ze sobą również ponurą prawdę: gdyby Derwin żył, nie miałaby wglądu do tak prywatnej przecież chwili. Gdyby żył, nie ujrzałaby go tam, choć znów – tam to mogła być pozostawiona ułuda, żeby spowolnić pościg. Najwyraźniej jednak nie.
Głos uwiązł w gardle; zdobyła się tylko na skinięcie głową. Tej nocy jakoś nie chciała być sama, a i też coś podpowiadało, że być może nikt teraz nie powinien być sam. Gdzieś w środku zapiekło, myśli skoczyły w jego stronę. Nie mogła się pozbyć przykrego wrażenia, że przy Moodym nikogo nie będzie, zwłaszcza że…
… że coś niewytłumaczalnie ciągnęło ją teraz do niego i coś podpowiadało, że jej miejsce powinno być u boku Alka. Tam, nie tutaj. Choć wszyscy bogowie świadkiem: jedyne miejsce, w którym powinna się teraz znajdować to dokładnie to, gdzie była teraz.
- Zmieścimy się – wykrztusiła w końcu po chwili, gdy udało się choć trochę opanować całą burzę emocji, jaka szalała. Pociągnęła jeszcze nosem, przesuwając się po łóżku; przesunęła też parę koców, mając bolesną świadomość, że nie jest w stanie dać Brennie własnego ciepła. Jedynie chłód; dlatego też to właśnie kuzynka bardziej potrzebowała ciepłych nakryć, nie ona sama. Zwłaszcza że coś podpowiadało, że nic nie jest w stanie przegnać zimna, jakie odczuwała cały czas.
To nie miała być dobra noc, tego była pewna. Ale musiała – obie musiały – choćby spróbować się przespać, by mieć siły na to, co przyniesie kolejny dzień.
Przynajmniej mogły znaleźć choć trochę pocieszenia we własnych objęciach – nawet jeśli oddzielone stertą koców – i psiej bliskości. Bo oczywiście, że futra się musiały przyłączyć...
Nie, Dzban naprawdę był ostatnią osobą, którą mogłaby podejrzewać o podsunięcie tego rodzaju wizji, nawet jeśli miałaby na celu zbicie z tropu, wdeptanie w pył. Był śmiercią i zniszczeniem, nie życiem i nadzieją.
Dlatego też to wspomnienie miało o wiele większą moc. Bo niosło ze sobą również ponurą prawdę: gdyby Derwin żył, nie miałaby wglądu do tak prywatnej przecież chwili. Gdyby żył, nie ujrzałaby go tam, choć znów – tam to mogła być pozostawiona ułuda, żeby spowolnić pościg. Najwyraźniej jednak nie.
Głos uwiązł w gardle; zdobyła się tylko na skinięcie głową. Tej nocy jakoś nie chciała być sama, a i też coś podpowiadało, że być może nikt teraz nie powinien być sam. Gdzieś w środku zapiekło, myśli skoczyły w jego stronę. Nie mogła się pozbyć przykrego wrażenia, że przy Moodym nikogo nie będzie, zwłaszcza że…
… że coś niewytłumaczalnie ciągnęło ją teraz do niego i coś podpowiadało, że jej miejsce powinno być u boku Alka. Tam, nie tutaj. Choć wszyscy bogowie świadkiem: jedyne miejsce, w którym powinna się teraz znajdować to dokładnie to, gdzie była teraz.
- Zmieścimy się – wykrztusiła w końcu po chwili, gdy udało się choć trochę opanować całą burzę emocji, jaka szalała. Pociągnęła jeszcze nosem, przesuwając się po łóżku; przesunęła też parę koców, mając bolesną świadomość, że nie jest w stanie dać Brennie własnego ciepła. Jedynie chłód; dlatego też to właśnie kuzynka bardziej potrzebowała ciepłych nakryć, nie ona sama. Zwłaszcza że coś podpowiadało, że nic nie jest w stanie przegnać zimna, jakie odczuwała cały czas.
To nie miała być dobra noc, tego była pewna. Ale musiała – obie musiały – choćby spróbować się przespać, by mieć siły na to, co przyniesie kolejny dzień.
Przynajmniej mogły znaleźć choć trochę pocieszenia we własnych objęciach – nawet jeśli oddzielone stertą koców – i psiej bliskości. Bo oczywiście, że futra się musiały przyłączyć...
Koniec sesji