01.07.2023, 18:52 ✶
Gdy obudziła się tego ranka, po zaledwie jakichś czterech godzinach snu, przez te parę sekund nim otrząsnęła się z koszmarów, nie pamiętała wszystkiego, co się stało. A potem świadomość wróciła i Brenna zrozumiała, że koszmar wciąż trwał. Sen nie był tylko snem, Voldemort zdobył moc, na polanie zginęły dziesiątki czarodziei, a prześladujący ją obraz ducha dziecka nie stanowił wytworu wyobraźni.
Wstała z łóżka, na którym zasnęła u boku kuzynki, wyplątając się spod kołder, koców i entuzjastycznie nastawionych do życia psów. O ile zwykle zabrałaby je na spacer, tym razem poprosiła skrzatkę, by zajęła się tym za nią, a sama poszła się pośpiesznie przebrać w mundur. W pośpiechu porwała z kuchni jakąś bułkę. Do wyjścia z domu była gotowa już nim świat zaczęła wypełniać szarość świtu. Było jasne, że dziś nie będą pracowały z biura. Niewiele osób z BUM pewnie stamtąd pracowało – wciąż byli potrzebni w Kniei. Kolejne godziny spędziły już tam, w miejscu, do którego ściągano każdego pracownika Ministerstwa, do którego dano radę dotrzeć.
- Nie przepraszaj. To przecież nie twoja wina – mruknęła Brenna, zapatrzona gdzieś na linię drzew. Ponurym tonem. Też próbowała chwycić trop w wilczej postaci i nie zdołała. Dziś zresztą ogólnie czuła się bezużyteczna, bo kolejna z wielu wycieczek po okolicy nie przyniosła żadnego rezultatu – nie znalazły ani wujka, ani nikogo innego. Rozglądała się, szukając śladów, które mogłaby zbadać jako widmowidz. I każdego pracownika BUM albo aurorów, którego dostrzegła, pytała o to samo.
Ale w głębi duszy była już pewna, że wujek nie żyje, nawet bez słów Mavelle, która najwyraźniej zobaczyła to i owo w limbo, i nie, niestety, nie był to żaden wybieg Voldemorta. Doświadczenie podpowiadałoby jej to samo. Cywil zaginiony tak długo mógłby być jeszcze żywy, ale Derwin na pewno walczył na tej polanie, nie umknął, by znaleźć kryjówkę. I zaczynała powoli sądzić, że nie zdołają nawet znaleźć ciała, które będą mogli pochować. Będą musiały teraz wrócić do domu i powiedzieć o tym Danielle.
Był aurorem. Znał ryzyko.
Poczucie winy jednak i tak skręcało się gdzieś w jej wnętrzu. (Poczucie winy: to było chyba coś, co w jej duchu teraz przewyższało gorycz i wściekłość, czuła się winna tak wielu rzeczy, że nie potrafiła ich nawet zliczyć.)
Gdyby nie powiedziała mu, że tego wieczora może dojść do ataku…
Przeniosła wzrok na kuzynkę i wtedy dostrzegła, że jej oczy stają się dziwnie zamglone, spojrzenie nieobecne. Tak samo, jak wczorajszego wieczora. Brenna doskoczyła do niej, gotowa ją powstrzymać, gdyby nogi miały się pod nią ugiąć.
- Mavy? Wszystko w porządku? – spytała, chwytając dłonie Bones (zimne: tak bardzo zimne, ale nie zareagowała na ten chłód, jakby wszystko było jak zwykle).
Wstała z łóżka, na którym zasnęła u boku kuzynki, wyplątając się spod kołder, koców i entuzjastycznie nastawionych do życia psów. O ile zwykle zabrałaby je na spacer, tym razem poprosiła skrzatkę, by zajęła się tym za nią, a sama poszła się pośpiesznie przebrać w mundur. W pośpiechu porwała z kuchni jakąś bułkę. Do wyjścia z domu była gotowa już nim świat zaczęła wypełniać szarość świtu. Było jasne, że dziś nie będą pracowały z biura. Niewiele osób z BUM pewnie stamtąd pracowało – wciąż byli potrzebni w Kniei. Kolejne godziny spędziły już tam, w miejscu, do którego ściągano każdego pracownika Ministerstwa, do którego dano radę dotrzeć.
- Nie przepraszaj. To przecież nie twoja wina – mruknęła Brenna, zapatrzona gdzieś na linię drzew. Ponurym tonem. Też próbowała chwycić trop w wilczej postaci i nie zdołała. Dziś zresztą ogólnie czuła się bezużyteczna, bo kolejna z wielu wycieczek po okolicy nie przyniosła żadnego rezultatu – nie znalazły ani wujka, ani nikogo innego. Rozglądała się, szukając śladów, które mogłaby zbadać jako widmowidz. I każdego pracownika BUM albo aurorów, którego dostrzegła, pytała o to samo.
Ale w głębi duszy była już pewna, że wujek nie żyje, nawet bez słów Mavelle, która najwyraźniej zobaczyła to i owo w limbo, i nie, niestety, nie był to żaden wybieg Voldemorta. Doświadczenie podpowiadałoby jej to samo. Cywil zaginiony tak długo mógłby być jeszcze żywy, ale Derwin na pewno walczył na tej polanie, nie umknął, by znaleźć kryjówkę. I zaczynała powoli sądzić, że nie zdołają nawet znaleźć ciała, które będą mogli pochować. Będą musiały teraz wrócić do domu i powiedzieć o tym Danielle.
Był aurorem. Znał ryzyko.
Poczucie winy jednak i tak skręcało się gdzieś w jej wnętrzu. (Poczucie winy: to było chyba coś, co w jej duchu teraz przewyższało gorycz i wściekłość, czuła się winna tak wielu rzeczy, że nie potrafiła ich nawet zliczyć.)
Gdyby nie powiedziała mu, że tego wieczora może dojść do ataku…
Przeniosła wzrok na kuzynkę i wtedy dostrzegła, że jej oczy stają się dziwnie zamglone, spojrzenie nieobecne. Tak samo, jak wczorajszego wieczora. Brenna doskoczyła do niej, gotowa ją powstrzymać, gdyby nogi miały się pod nią ugiąć.
- Mavy? Wszystko w porządku? – spytała, chwytając dłonie Bones (zimne: tak bardzo zimne, ale nie zareagowała na ten chłód, jakby wszystko było jak zwykle).
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.