Sezon na palenie czarownic już dawno się skończył. Niewyjaśnione zjawiska nie skazywały nieuważnego maga na stos, wręcz zupełnie nie był wiązany z takowym. Mógł swobodnie opuścić miejsce akcji, pozostawiając zadumanego Mugola, który trzy kolejne noce spędzi na rozważaniu niezwykłego zajścia... albo też po prostu zapomni. Sam Crouch zmiótłby wspomnienie już po minucie.
Nie potrzebował pomocy. Nie chciał jej. Zmuszony do współpracy uporał się z tym nieco szybciej, ale przestrzeń smutku i samotności na tym ucierpiała. Zdecydowanie nie warto było.
Słowa kobiety przeszyły go niczym strzała. Nie tyle z powodu mandatu, który przeszedłby niezauważony w budżecie, lecz z powodu potencjalnego poinformowania jego matki o miejscu, w jakim go zdobył. Nie stanowiło to sprawy wielkiej wagi, po prostu nie chciał jej niepotrzebnie niepokoić. Niedobrze było pojawiać się czarodziejowi z porządnej rodziny w takim miejscu, w takich czasach.[a]
[a]— Zapamiętam — odpowiedział równie cicho. Po ostatniej książce wyprostował się i przetarł kark. Krótka chwila fizyczności zostawiała po sobie niesmak.
Nie zdążył nawet pomyśleć o kobiecie, gdy żwawo opuściła miejsce zdarzenia, żegnając się krótkim uśmiechem. Nieintencjonalnie odprowadził ją wzrok Martina. Urocza pani brygadzistka, czy inny auror. Warto zapamiętać tą twarz.
Pogwałcona prywatność zburzyła spokój przechadzki. Crouch skierował kroki do domu, jedynego miejsca wolnego od niepokojów.