01.07.2023, 21:26 ✶
Nie powinno cię tu być.
Słowa odbijały się w jej głowie echem, kiedy przepychała się między zebranymi w Mungu ludźmi. Popłoch był zrozumiały, tak samo jak krzątający się wszem i wobec personel, który prawdopodobnie marzył, by w tym momencie się jeśli nie rozdwoić, to chociażby wyhodować naprędce dodatkową parę rąk. I pomiędzy nimi przedzierała się ona, pełna nerwów i niepokoju blondynka, która swoje zmartwienie objawiała w tak negatywny sposób, że tłoczące się w poczekalni tłumy rozstępowały się niczym Morze Czerwone przed Mojżeszem. W innym wypadku niechybnie by ich staranowała.
Czuła się tutaj jak słynny słoń w składzie porcelany; miała wrażenie, że nie jest nikim bliskim dla Alastora czy Idy. Prawdopodobnie gdyby zapytała Moody’ego, zaprzeczyłby, niemniej nie mogła pozbyć się wrażenia, że nie zasługiwała na odwzajemnione pozytywne uczucia. Zwłaszcza teraz, kiedy zarówno jego cierpienie, jak i jego siostry, było spowodowane przez ludzi o przekonaniach, które jeszcze nie tak dawno zdawały się być tak bliskie jej własnym. Kto wie, czy Zeneida nie jest teraz w śpiączce z powodu jej ojca? Co jeśli jej własna rodzina przyłożyła do tego rękę? Dosłownie poczuła, że robi jej się niedobrze, gdy dotarło do niej jak duże jest tego prawdopodobieństwo.
Och, a co to? Czyżby zjadały cię wyrzuty sumienia, Malfoy?
Wepchnęła się nieuprzejmie w kolejkę do recepcji, nie mając najmniejszego zamiaru czekać na swoją kolej. Z każdym kolejnym rokiem miała w sobie coraz mniej cierpliwości, a w chwilach takich jak ta nie posiadała jej wcale. Nerwowo zaciskała palce po obu stronach rozpiętego granatowego swetra, pytając, gdzie znajdzie salę, w której leży Ida. Nie otrzymała odpowiedzi w uprzejmy sposób, co było w pełni zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że tę informację praktycznie wymusiła, ale Eden zdobyła się w sobie jeszcze na podziękowanie, zanim odbiła się od wysepki.
Myśli w jej głowie biły się nawzajem ze sobą w walce o prym; raz słyszała, że jest bezczelna pojawiając się tutaj, raz słyszała, że dobrze robi, próbując okazać wsparcie. Potem docierało do niej, że powinna była coś po drodze kupić, jeśli nie jakieś kwiaty dla Idy, to choćby kawę Alkowi, bo niechybnie słaniał się tam na nogach i tylko udawał dzielnego. Chwilę później coś przypominało jej, że przecież nie było na to czasu, że pędziła tutaj tak, że prawie zabiła się o próg własnego domu.
Zatrzymała się gwałtownie w drzwiach sali, łapiąc się dłonią framugi. Po raz pierwszy od opuszczenia recepcji poczuła, że należy złapać oddech, więc oddychając teraz ciężko, na pierwszy rzut oka dawała wrażenie kogoś, kto właśnie przebiegł maraton uciekając przed czasem. Nie miała na sobie makijażu, ani nie spięła włosów. Wyglądała schludnie, ale nie nienagannie, zupełnie jakby tym razem nie miała czasu dbać o szczegóły. To nie było do niej podobne; nawet zapomniała zdjąć okulary z nosa, po tym jak wysyłała do Alka swoją ostatnią sowę z pytaniem gdzie jest.
Odnalazła Moody’ego wzrokiem, patrząc na niego w dziwny sposób, jakby z żalem i strachem w oczach. Dopiero po kilku zmęczonych uderzeniach serca dostrzegła pozostałe osoby w pomieszczeniu.
- Widzę, że macie gości - rzuciła w końcu, podejmując próby uspokojenia oddechu. - To ja może przyjdę później - zaproponowała, wskazując kciukiem za siebie. Alek był cały i zdrowy, a Ida żyła - przekonała się o tym na własne oczy, wystarczyło. Uprzejmości mogli wymienić potem, kiedy już uwinie się z osobami ważniejszymi od niej.
Słowa odbijały się w jej głowie echem, kiedy przepychała się między zebranymi w Mungu ludźmi. Popłoch był zrozumiały, tak samo jak krzątający się wszem i wobec personel, który prawdopodobnie marzył, by w tym momencie się jeśli nie rozdwoić, to chociażby wyhodować naprędce dodatkową parę rąk. I pomiędzy nimi przedzierała się ona, pełna nerwów i niepokoju blondynka, która swoje zmartwienie objawiała w tak negatywny sposób, że tłoczące się w poczekalni tłumy rozstępowały się niczym Morze Czerwone przed Mojżeszem. W innym wypadku niechybnie by ich staranowała.
Czuła się tutaj jak słynny słoń w składzie porcelany; miała wrażenie, że nie jest nikim bliskim dla Alastora czy Idy. Prawdopodobnie gdyby zapytała Moody’ego, zaprzeczyłby, niemniej nie mogła pozbyć się wrażenia, że nie zasługiwała na odwzajemnione pozytywne uczucia. Zwłaszcza teraz, kiedy zarówno jego cierpienie, jak i jego siostry, było spowodowane przez ludzi o przekonaniach, które jeszcze nie tak dawno zdawały się być tak bliskie jej własnym. Kto wie, czy Zeneida nie jest teraz w śpiączce z powodu jej ojca? Co jeśli jej własna rodzina przyłożyła do tego rękę? Dosłownie poczuła, że robi jej się niedobrze, gdy dotarło do niej jak duże jest tego prawdopodobieństwo.
Och, a co to? Czyżby zjadały cię wyrzuty sumienia, Malfoy?
Wepchnęła się nieuprzejmie w kolejkę do recepcji, nie mając najmniejszego zamiaru czekać na swoją kolej. Z każdym kolejnym rokiem miała w sobie coraz mniej cierpliwości, a w chwilach takich jak ta nie posiadała jej wcale. Nerwowo zaciskała palce po obu stronach rozpiętego granatowego swetra, pytając, gdzie znajdzie salę, w której leży Ida. Nie otrzymała odpowiedzi w uprzejmy sposób, co było w pełni zrozumiałe, biorąc pod uwagę, że tę informację praktycznie wymusiła, ale Eden zdobyła się w sobie jeszcze na podziękowanie, zanim odbiła się od wysepki.
Myśli w jej głowie biły się nawzajem ze sobą w walce o prym; raz słyszała, że jest bezczelna pojawiając się tutaj, raz słyszała, że dobrze robi, próbując okazać wsparcie. Potem docierało do niej, że powinna była coś po drodze kupić, jeśli nie jakieś kwiaty dla Idy, to choćby kawę Alkowi, bo niechybnie słaniał się tam na nogach i tylko udawał dzielnego. Chwilę później coś przypominało jej, że przecież nie było na to czasu, że pędziła tutaj tak, że prawie zabiła się o próg własnego domu.
Zatrzymała się gwałtownie w drzwiach sali, łapiąc się dłonią framugi. Po raz pierwszy od opuszczenia recepcji poczuła, że należy złapać oddech, więc oddychając teraz ciężko, na pierwszy rzut oka dawała wrażenie kogoś, kto właśnie przebiegł maraton uciekając przed czasem. Nie miała na sobie makijażu, ani nie spięła włosów. Wyglądała schludnie, ale nie nienagannie, zupełnie jakby tym razem nie miała czasu dbać o szczegóły. To nie było do niej podobne; nawet zapomniała zdjąć okulary z nosa, po tym jak wysyłała do Alka swoją ostatnią sowę z pytaniem gdzie jest.
Odnalazła Moody’ego wzrokiem, patrząc na niego w dziwny sposób, jakby z żalem i strachem w oczach. Dopiero po kilku zmęczonych uderzeniach serca dostrzegła pozostałe osoby w pomieszczeniu.
- Widzę, że macie gości - rzuciła w końcu, podejmując próby uspokojenia oddechu. - To ja może przyjdę później - zaproponowała, wskazując kciukiem za siebie. Alek był cały i zdrowy, a Ida żyła - przekonała się o tym na własne oczy, wystarczyło. Uprzejmości mogli wymienić potem, kiedy już uwinie się z osobami ważniejszymi od niej.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~