Geraldine spoglądała uważnie na Jo. Jak mógł z tego żartować, ta lekkomyślność ją trochę zirytowała. Mógł zobaczyć iskry w jej oczach, widać było, że się zdenerowała takim gadaniem. - Wolałabym, abyś nie testował tego na sobie. Mam nadzieję, że rozpatrzysz moją prośbę. - Co to w ogóle za pomysł? Nawet jeśli miał to być żart, to wyjątkowo nie śmieszył jej po tej całej sytuacji. Poczuła ścisk w żołądku na samą myśl, że w ogóle pomyślał o czymś takim. Przecież nie przeżyłaby takiej straty.
Gerry słuchała uważnie tego, co do niej mówił. Bardzo dobrze rozumiała o co mu chodzi, bo właściwie czuła to samo. Czuła, że coś się zmieniło, że Jonathan po wczorajszym Beltane stał się dla niej kimś więcej niż przyjacielem. Nie umiała tego zrozumieć, w końcu jak to się stało, że nagle, przez jeden wieczór. Przecież znali się od lat, spędzali ze sobą wiele czasu, dlaczego dopiero teraz ogarnęło ją to uczucie? Nie znała odpowiedzi na to pytanie. Miała ochotę się do niego przytulić, tu i teraz, jednak coś ją powstrzymywało.
- Kiedy ja też chcę poznać odpowiedź, Jo, ja też to czuję. - Chciała, żeby to wiedział. Musiał zdać sobie sprawę, że nie jest w tym sam.
Wtedy wstał. Nie chciała, żeby odchodził. Nie mogła go jednak zatrzymać tutaj siłą, nim wyszedł złapała go jeszcze za rękę. - Jo, uważaj na siebie, proszę. - Puściła jego dłoń i pozwoliła mu wyjść, chociaż nie chciała.
Bała się, że coś złego mu się przydarzy. Zawsze się martwiła, jednak nigdy nie przybierało to jeszcze takiej formy. Stała jeszcze chwilę wpatrując się w zamknięte drzwi za którymi przed chwilą zniknął.