02.07.2023, 00:06 ✶
Uniosła rękę, tak chłodną po dotknięciu ducha, by wskazać krwawe ślady na drzewie. By szepnąć, bardzo cicho, że tutaj umarł.
Nie wiedziała, czy postępuje właściwie.
Być może chłopca należało zostawić w spokoju. Wrócić później do niego ze specjalistą - spirytystą. Albo zabrać stąd i poszukać jego krewnych (nie miała pojęcia, że dziecko nie zdoła opuścić tego terenu). Kierowała się instynktem, a ten mógł źle ją poprowadzić - w końcu zrobiła w ostatnich godzinach przynajmniej parę błędów. (I ta przeklęta chwila, gdy przespała moment, zanim tu przyszła, była z pewnością jednym z nich. Może by zdążyła. Może nie byłoby za późno.)
Chłopiec spoglądał na nią wielkimi, wypełnionymi łzami oczyma, a potem jakby rozpłynął się w świetle. I Brenna nie miała pojęcia, czy zrozumiał i ich posłuchał, czy tylko znikł im z oczu. Niektóre duchy potrafiły stawać się niewidzialne. A może gdy mrugnęła, przeniknął przez drzewo? Będzie krążył po tej polanie? Czy w ogóle im uwierzył?
- Będę musiała tutaj za jakiś czas wrócić - mruknęła cicho, zaciskając powieki. Poszukać ciała tego chłopca, jeśli go nie znajdą. Jego matki. A jeżeli nawet zostaną odszukani, to upewnić się, że nie jest uwięziony między śmiercią i życiem, i czy nie trzeba tu kogoś do niego sprowadzić.
Promienie słońca prześwitujące przez gałęzie padały prosto na jej ciemną głowę, a jednak mogłaby przysiąc, że wypełnia ją chłód.
Jimmy.
Jimmy, lat około dziesięć.
Będzie musiała poprosić o wpisanie tego imienia i wieku na listę ofiar. Wraz z szacowanym wzrostem, opisem ubrania. To wszystko zapisało się w jej pamięci, zwróciłaby na to uwagę nawet odruchowo, przez wzgląd na to, że do tego przywykła w swoim zawodzie.
Podniosła się, powoli. Najchętniej rozstawiłaby teraz krąg widmowidza albo znów zamieniła się w wilka, ruszyła na dalsze poszukiwania. Ale kręciło się jej w głowie, a kiedy uniosła rękę do twarzy, bo poczuła coś wilgotnego, zobaczyła nie łzy, a krew, która pociekła z nosa. Starła ją wierzchem dłoni i posłała Samuelowi wymuszony uśmiech. Nie trzeba było mieć specjalnego zmysłu obserwacji, by odgadnąć, jak bardzo jest fałszywy.
W istocie miała chęć płakać. Nad tym chłopcem i wszystkimi innymi na polanie. Ale Brenna od bardzo, bardzo wielu lat pilnowała, aby nikt nigdy nie zobaczył jej łez i nie zamierzała pozwolić, by dzisiaj ujrzał je Carrow. Wszystko, co złe, co trudne i bolesne, przywykła zamykać w ciemnościach, kryć głęboko pod ciągłą paplaniną i głupim uśmiechem, i nie dopuszczać do tego innych.
- Przepraszam. Tą przemianą w wilka i biegiem... chyba przeszarżowałam - przyznała, z wielkim trudem, ale gdyby pociągnęła go dalej w las, naraziłaby go na niebezpieczeństwo. Nie byłaby w stanie walczyć w tej chwili. A raczej inaczej, nie byłaby w stanie walczyć skutecznie. - Myślę, że muszę wracać do Doliny.
Usiąść choć na moment.
Sprawdzić, co z jej bliskimi.
I potem pewnie znowu zabrać się do pracy, tym razem na miejscu.
Nie wiedziała, czy postępuje właściwie.
Być może chłopca należało zostawić w spokoju. Wrócić później do niego ze specjalistą - spirytystą. Albo zabrać stąd i poszukać jego krewnych (nie miała pojęcia, że dziecko nie zdoła opuścić tego terenu). Kierowała się instynktem, a ten mógł źle ją poprowadzić - w końcu zrobiła w ostatnich godzinach przynajmniej parę błędów. (I ta przeklęta chwila, gdy przespała moment, zanim tu przyszła, była z pewnością jednym z nich. Może by zdążyła. Może nie byłoby za późno.)
Chłopiec spoglądał na nią wielkimi, wypełnionymi łzami oczyma, a potem jakby rozpłynął się w świetle. I Brenna nie miała pojęcia, czy zrozumiał i ich posłuchał, czy tylko znikł im z oczu. Niektóre duchy potrafiły stawać się niewidzialne. A może gdy mrugnęła, przeniknął przez drzewo? Będzie krążył po tej polanie? Czy w ogóle im uwierzył?
- Będę musiała tutaj za jakiś czas wrócić - mruknęła cicho, zaciskając powieki. Poszukać ciała tego chłopca, jeśli go nie znajdą. Jego matki. A jeżeli nawet zostaną odszukani, to upewnić się, że nie jest uwięziony między śmiercią i życiem, i czy nie trzeba tu kogoś do niego sprowadzić.
Promienie słońca prześwitujące przez gałęzie padały prosto na jej ciemną głowę, a jednak mogłaby przysiąc, że wypełnia ją chłód.
Jimmy.
Jimmy, lat około dziesięć.
Będzie musiała poprosić o wpisanie tego imienia i wieku na listę ofiar. Wraz z szacowanym wzrostem, opisem ubrania. To wszystko zapisało się w jej pamięci, zwróciłaby na to uwagę nawet odruchowo, przez wzgląd na to, że do tego przywykła w swoim zawodzie.
Podniosła się, powoli. Najchętniej rozstawiłaby teraz krąg widmowidza albo znów zamieniła się w wilka, ruszyła na dalsze poszukiwania. Ale kręciło się jej w głowie, a kiedy uniosła rękę do twarzy, bo poczuła coś wilgotnego, zobaczyła nie łzy, a krew, która pociekła z nosa. Starła ją wierzchem dłoni i posłała Samuelowi wymuszony uśmiech. Nie trzeba było mieć specjalnego zmysłu obserwacji, by odgadnąć, jak bardzo jest fałszywy.
W istocie miała chęć płakać. Nad tym chłopcem i wszystkimi innymi na polanie. Ale Brenna od bardzo, bardzo wielu lat pilnowała, aby nikt nigdy nie zobaczył jej łez i nie zamierzała pozwolić, by dzisiaj ujrzał je Carrow. Wszystko, co złe, co trudne i bolesne, przywykła zamykać w ciemnościach, kryć głęboko pod ciągłą paplaniną i głupim uśmiechem, i nie dopuszczać do tego innych.
- Przepraszam. Tą przemianą w wilka i biegiem... chyba przeszarżowałam - przyznała, z wielkim trudem, ale gdyby pociągnęła go dalej w las, naraziłaby go na niebezpieczeństwo. Nie byłaby w stanie walczyć w tej chwili. A raczej inaczej, nie byłaby w stanie walczyć skutecznie. - Myślę, że muszę wracać do Doliny.
Usiąść choć na moment.
Sprawdzić, co z jej bliskimi.
I potem pewnie znowu zabrać się do pracy, tym razem na miejscu.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.