Nie pierwszy raz zdarzało mu się pomagać innym charytatywnie, jednak na przeczesywanie lasu nie był w pełni gotowy. Ma co prawda sokoli wzrok, skoro potrafi dostrzec coś tak małego i pieruńsko szybkiego jak złoty znicz. Niemniej najlepiej czułby się na miotle, wypatrując kogokolwiek z lotu ptaka... ale należąca do niego miotła gdzieś przepadła. Mogła zostać przez kogoś zabrana, zniszczona albo porwana przez wichurę. Każda z tych opcji była wielce prawdopodobna.
Patrzył na totalne pobojowisko, krajobraz jak po bitwie. Od widoku tych ciał ofiar też rzezi zdążył zblednąć albo nawet pozielenieć. To nie był jego chleb powszechni. Najpoważniejsze przypadki, z którymi miał do czynienia to wszelakie kontuzje, których zwykle doznają zawodnicy Quidditcha podczas meczów. Tu było inaczej. Śmierć zebrała swoje żniwo.
O siódmej rano to on zwykle smacznie spał albo dopiero miał zamiar się położyć. Znacznie rzadziej bywał o tej porze na nogach. Po odejściu od namiotu, jego spojrzenie padło na młodą kobietę.
— Wygląda na to, że padło na Ciebie i będziemy razem przeszukiwać ten las. Jak masz na imię? Ja Philip... ale to pewnie wiesz — Zwrócił się do swojej potencjalnej towarzyszki. Nad wyraz optymistycznie założył, że nie ma do czynienia z osobą, która żyje pod jakimś kamieniem. Jest szeroko rozpoznawalny, jest celebrytą a napotyka ludzi, którzy zdają się nawet o nim nie słyszeć choć raz. Podążył na sztywnych nogach ku wyznaczonemu im sektorowi.
!C1