Kąciki ust mężczyzny nieznacznie drgnęły ku górze; jawny znak, że zauważył dobitny upór żony w tej drobnej kwestii. Nie spodziewał się oczywiście, że przyzna mu rację, nawet w żartach; pod względem zazdrości byli z Deborah identyczni. Gdyby sytuacja była odwrotna, potencjalny kandydat do rzucania znaczących spojrzeń w stronę pani Burke miałby zarezerwowane łóżko w Mungu – ale tego nie musiał przecież mówić. Zamiast tego skubnął winogrono leżące na srebrnej tacy, po chwili spłukując słodycz z języka sporym łykiem whisky; alkohol przyjemnie rozgrzał gardło.
Słowa żony zadziałały momentalnie i były niczym celny cios w żołądek; Elijah zesztywniał, wyprostował się znacznie i spojrzał wprost w lodowate tęczówki kobiety. Jego spojrzenie mówiło wyraźnie: nawet nie zaczynaj, chociaż tyle równie dobrze mogła wyczytać z jego mowy ciała. Nie był pewien kiedy dokładnie zaszła w nim ta ogromna, niespodziewana przemiana; w nim, w człowieku, który święcie uważał, że nie nadawał się na ojca. Nie planowali dzieci, przynajmniej nie tak szybko po ślubie – ale nagle w ich życiu pojawił się Alexander i wszystko się zmieniło. Ich syn był idealny tak, jak tylko mogło być idealne dziecko dwójki czarodziejów ze szlachetnych rodzin: piękny, spokojny, utalentowany. Najmniejsze sukcesy syna Elijah odbierał jak własne, i chętnie okazywał tą dumę wobec wszystkich. Deborah z kolei zachowywała się zupełnie inaczej – i niejednokrotnie już stoczyli batalię w tym temacie. Dzisiaj jednak nie było miejsca na kłótnie i roztrząsanie tego typu spraw; na szczęście, gdy tylko uśmiechnęła się w swój charakterystyczny sposób, jej mąż od razu się rozluźnił. Jedno trzeba było przyznać pani Burke – znała swojego partnera na wylot.
- Chcesz, żebym dostał zawału, jak zobaczę jej twarz rano przy śniadaniu? – wywrócił oczami znacząco, udając rozczarowanie decyzją żony. Oczywiście nie miał nic przeciwko, to nie on zatrudniał te stada opiekunek dla syna – było mu wszystko jedno, dopóki te kobiety faktycznie wywiązywały się ze swoich obowiązków.
Chwilę później Deborah znalazła się w jego objęciach; stanowczych, lecz zarazem niemal czułych, chociaż on lubił podkreślać dominację. W tym aspekcie pasowali do siebie idealnie; w dzień to jego żona była tą bardziej stanowczą, decyzyjną jednostką – noce należały do niego.
Zmrużył nieco oczy, słysząc jej cichy, lekko zachrypnięty głos; uśmiechnął się powoli, niemal leniwie, doskonale zdając sobie sprawę z efektu, jaki wywarł na żonie. Przekleństwa w jej ustach zawsze brzmiały dla niego niczym melodia, i nigdy nie miał nic przeciwko, by słuchać jak najdłużej; dzięki temu był jedynym, który znał prawdziwą Deborah Burke, pozbawioną codziennych masek. Odgarnął niesforny, jasny kosmyk włosów z jej twarzy, muskając przy tym palcami gładką skórę policzka i schodząc dotykiem niżej, na szyję.
- Teraz tak mówisz, bo jesteś zadowolona, ale jak tylko się tam przeniesiemy, myślami wrócisz do pracy – mruknął łagodnie, odsuwając się jednocześnie na krótki moment. Sięgnął po własnego drinka i podał go kobiecie. – Wolę zaczekać z wakacjami aż uporządkujesz wszystko w Ministerstwie. I tak, brzmisz jak marzycielka, podoba mi się to – bez ostrzeżenia wziął żonę na ręce, jednocześnie uważając na alkohol w jej rękach. – Nie polej mi koszuli – rzucił prośbę, chociaż nie przywiązywał do tego wagi; wspólnie ruszyli do łazienki.
Wanna była już wypełniona po brzegi wonną pianą; pomieszczenia oświetlały płomienie świec, nadając odpowiedniego nastroju. Elijah postawił żonę, bezpardonowo zabierając się za rozpinanie guzików jej eleganckiej, białej koszuli; pochylił się, by znów ją pocałować, tym razem nieznośnie powoli i zmysłowo.
- Zgarnąć przystawki czy wolisz od razu przejść do deseru?