02.07.2023, 17:41 ✶
Niby faktycznie to nie była jej wina i nie powinna mieć sobie nic do zarzucenia – w momencie, gdy Derwin toczył swój ostatni bój znajdowała się przecież zupełnie gdzie indziej i… och, cóż, na dobrą sprawę również i samo wspomnienie mogło zostać zniekształcone. Przez własny umysł – bo niestety, ale ludzka pamięć potrafiła płatać figle, o czym szło się przekonać choćby podczas pracy. Kilku świadków jednego zdarzenia? A różne wersje odnośnie szczegółów.
Zresztą, wystarczyło spojrzeć choćby na okładkę książki i po jej odłożeniu zastanowić się nad tym, co się na niej znajdowało. Ile dokładnie postaci? Co trzymały w rękach? Jakie kolory? Odpowiedź niekoniecznie będzie w pełni idealna.
A i tak nie mogła się pozbyć poczucia, że zawodziła. Bo wraz z tym, co zrobiła w Limbo – nawet jeśli nie taki przecież miała cel – pojawiło się swego rodzaju… poczucie odpowiedzialności?Misji? Skoro zdawał się być teraz częścią niej samej, to… tym bardziej chciała rozszarpać tego, przez którego kuzynki straciły ojca.
I nadal nie wiedziała, jak ma im to powiedzieć. Stanąć przed nimi, spojrzeć w oczy, wytłumaczyć, że już na pewno nigdy go nie ujrzą. A teraz jeszcze na dodatek za cholerę nie mogły odnaleźć ciała, które można by było pochować, pożegnać się po raz ostatni. To też uwierało, świadomość, że nie była w stanie zapewnić chociaż tego.
- Czuję, jakby była moja – odparła po krótkiej chwili, zaciskając zaraz wargi. Może to było głupie i absolutnie bezsensowne, brać każdą jedną porażkę na własne barki, niemniej… w tej chwili wszystko okazywało się bardzo osobiste. Może nawet zbyt osobiste. I no dobrze, może nie tak całkiem absolutnie wszystko-wszystko, ale to, z czym się bezpośrednio stykała, w czym wzięła udział, co tak bezlitośnie wryło się w jej pamięć…?
Tak, śmierć wujka i to, co się z nią wiązało było teraz bardzo, bardzo osobiste. Nawet jeśli zdawała sobie sprawę z tego, iż miał świadomość, że ryzykuje. Bo ryzykował od lat – nie tylko na tym Beltane, ale obierając taką ścieżką zawodową… cóż, brygadziści i aurorzy raczej nie cieszyli się emeryturą, z wianuszkiem podrośniętych wnuków dookoła siebie.
Usilnie szukała w pamięci wspomnień związanych z tym miejscem, próbowała ponownie „ujrzeć” scenę walki, by wyłapać szczegóły – bezskutecznie. Szukała jedno, znalazła drugie – całkiem nieproszone, a jednak… nie, pod Mavelle nie ugięły się nogi. Nawet nie zarejestrowała, kiedy na jej wargach pojawił się blady uśmiech; złapanie za dłonie sprawiło, iż gwałtownie zamrugała i spojrzała nieco przytomniej na Brennę.
Tę samą Brennę – choć wiele lat starszą – która dopiero co porządnie ćwiczyła płuca, domagając się pieska. Więc to w taki sposób pierwszy szczeniak pojawił się w domu Longbottomów…?
- Zawsze potrafiłaś postawić na swoim – wymknęło się jej, gdy jeszcze jedną nogą tkwiła w odległym o ponad dwie dekady Yule. Tak dawno… a jakby wydarzyło się wczoraj? A potem przyszło otrzeźwienie, jakby kto wylał na głowę kubeł lodowatej wody. Znów – czuła, jakby to było jej wspomnienie, którym przecież być nie mogło – sama zaliczała się wtedy do bambetli i podczas tamtego Yule zapewne również męczyła o coś swojego ojca. Choć tu już zgadywała; jej wspomnienia nie przetrwały takiej próby czasu.
- Ja… tak, wszystko w porządku – spłoszyła się, nie wiedzieć dlaczego, postępując krok w tył. Wzięła głębszy wdech, próbując wycofać swoje dłonie; spojrzała też w bok. Może powinny…?
- Przejdźmy się jeszcze tam – stwierdziła, jakby przed chwilą absolutnie nic się nie stało (mimo że się, kurwa, stało – kolejny dowód, że już nigdy nie ujrzą żywego wujka!); cóż, nie mogła się rozsypywać tu i teraz, prawda…?
Zresztą, wystarczyło spojrzeć choćby na okładkę książki i po jej odłożeniu zastanowić się nad tym, co się na niej znajdowało. Ile dokładnie postaci? Co trzymały w rękach? Jakie kolory? Odpowiedź niekoniecznie będzie w pełni idealna.
A i tak nie mogła się pozbyć poczucia, że zawodziła. Bo wraz z tym, co zrobiła w Limbo – nawet jeśli nie taki przecież miała cel – pojawiło się swego rodzaju… poczucie odpowiedzialności?Misji? Skoro zdawał się być teraz częścią niej samej, to… tym bardziej chciała rozszarpać tego, przez którego kuzynki straciły ojca.
I nadal nie wiedziała, jak ma im to powiedzieć. Stanąć przed nimi, spojrzeć w oczy, wytłumaczyć, że już na pewno nigdy go nie ujrzą. A teraz jeszcze na dodatek za cholerę nie mogły odnaleźć ciała, które można by było pochować, pożegnać się po raz ostatni. To też uwierało, świadomość, że nie była w stanie zapewnić chociaż tego.
- Czuję, jakby była moja – odparła po krótkiej chwili, zaciskając zaraz wargi. Może to było głupie i absolutnie bezsensowne, brać każdą jedną porażkę na własne barki, niemniej… w tej chwili wszystko okazywało się bardzo osobiste. Może nawet zbyt osobiste. I no dobrze, może nie tak całkiem absolutnie wszystko-wszystko, ale to, z czym się bezpośrednio stykała, w czym wzięła udział, co tak bezlitośnie wryło się w jej pamięć…?
Tak, śmierć wujka i to, co się z nią wiązało było teraz bardzo, bardzo osobiste. Nawet jeśli zdawała sobie sprawę z tego, iż miał świadomość, że ryzykuje. Bo ryzykował od lat – nie tylko na tym Beltane, ale obierając taką ścieżką zawodową… cóż, brygadziści i aurorzy raczej nie cieszyli się emeryturą, z wianuszkiem podrośniętych wnuków dookoła siebie.
Usilnie szukała w pamięci wspomnień związanych z tym miejscem, próbowała ponownie „ujrzeć” scenę walki, by wyłapać szczegóły – bezskutecznie. Szukała jedno, znalazła drugie – całkiem nieproszone, a jednak… nie, pod Mavelle nie ugięły się nogi. Nawet nie zarejestrowała, kiedy na jej wargach pojawił się blady uśmiech; złapanie za dłonie sprawiło, iż gwałtownie zamrugała i spojrzała nieco przytomniej na Brennę.
Tę samą Brennę – choć wiele lat starszą – która dopiero co porządnie ćwiczyła płuca, domagając się pieska. Więc to w taki sposób pierwszy szczeniak pojawił się w domu Longbottomów…?
- Zawsze potrafiłaś postawić na swoim – wymknęło się jej, gdy jeszcze jedną nogą tkwiła w odległym o ponad dwie dekady Yule. Tak dawno… a jakby wydarzyło się wczoraj? A potem przyszło otrzeźwienie, jakby kto wylał na głowę kubeł lodowatej wody. Znów – czuła, jakby to było jej wspomnienie, którym przecież być nie mogło – sama zaliczała się wtedy do bambetli i podczas tamtego Yule zapewne również męczyła o coś swojego ojca. Choć tu już zgadywała; jej wspomnienia nie przetrwały takiej próby czasu.
- Ja… tak, wszystko w porządku – spłoszyła się, nie wiedzieć dlaczego, postępując krok w tył. Wzięła głębszy wdech, próbując wycofać swoje dłonie; spojrzała też w bok. Może powinny…?
- Przejdźmy się jeszcze tam – stwierdziła, jakby przed chwilą absolutnie nic się nie stało (mimo że się, kurwa, stało – kolejny dowód, że już nigdy nie ujrzą żywego wujka!); cóż, nie mogła się rozsypywać tu i teraz, prawda…?