Tętniła słabością ku niewłaściwym mężczyznom; każdy spośród nich nakładał barchanowy całun okrucieństwa i toksyny na jej kruche ramiona, kalając tą przeklętą przysięgą, że będzie należeć wyłącznie do nich. A ona przecież, barwny ptak o ciemni i szarości skrywanej na głębi wątłego ciała, nie potrafiła być nader długo uwiązana, a temat potomstwa powodował u niej zimne poty - prawdopodobnie dlatego nikomu, poza bratem, nie mówiła o słodkiej tajemnicy bezpłodności, ujmującej jej niejakiej wartości na rynku matrymonialnym. Liczyła na to, iż obrączka zaznaczy pręgiem jej palec nim potencjalny obiekt zorientuje się o nieużytku jej osoby pod kątem przedłużania linii rodowej; ta jednak, znacząc się oddechem omiatającym sekret, zastawała ją bez tchu, przerażoną pośród dojmującej ciemności, zmieniającą całokształt w raptem zgliszcza po poprzednim bytowaniu.
Był dla niej więcej, aniżeli jedynie bliźniakiem, z którym dzieliła zestaw genów i jedną krew wartko płynącą w żyłach. Kochała go miłością absolutną i szczerą, czystą i platoniczną - była ona jedna o wiele większa, o wiele istotniejsza niż romantyczne podrygi serca. Kochała go w absolucie i w niczym, uczepiona jego ramienia na bankietach, odwiecznie lawirowała pośród śmietanki towarzyskiej, jednak bez niego traciła grunt.
Zupełnie jak teraz, gdy łzy spływały rzęsiście po jej policzkach.
Nikt w końcu nie pamiętał o deszczach majowych, które niejednokrotnie łzami kłębiły się na dnie ocząt, chcąc wydostać się szklistymi ścieżkami. Emocjonalna w swojej bucie, zawsze posiadała odpowiednie, kurtuazyjne dictum - wobec niego jednak, mogła być absolutnie i rozbrajająco szczera. Tonąc w jego ramionach wydawała z siebie ostatnie, ciche chlipanie i dopiero gdy odsunęła się, unosząc wzrok, żeby skrzyżować z nim spojrzenie wątłe i przerażone, dotarły do niej jego słowa.
Nie potrafiła mu tego obiecać. Zawsze ciągnęło ją do złych mężczyzn.
Wzięła bezpardonowo muślinową chusteczkę, element marynarki, którym wycierał jej łzy i z ostatnim głębokim wdechem wysmarkała w nią nos.
- Poradzę sobie - rzekła już odrobinę pewniej, tak jakby jej histeria odchodziła z wolna w zapomnienie bezkresne i absolutne. - Dziękuję - dodała, wręczając mu zasmarkaną chusteczkę.
Dopiero gdy opuścił galerię, rozjerzała się, oceniając szkody, jakie swoją niewdzięczną furią wyrządziła.