02.07.2023, 18:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 02.07.2023, 18:28 przez Florence Bulstrode.)
W tych godzinach, w których „Zimni” leżeli na łóżkach, już ustabilizowani, Florence starała się roztroić i pomóc tak wielu rannym, jak tylko była w stanie. Chociaż serce wyrywało się ku Atreusowi i Patrickowi, wiedziała, że nie może, nie powinna się nimi zajmować, skoro na miejscu są inni uzdrowiciele, nie mniej utalentowani od niej w takich przypadkach: byli w rękach dobrych specjalistów, a jej przywiązanie mogłoby zakłócić osąd i ostatecznie doprowadzić do katastrofy.
Rozpraszała więc rezultaty zaklęć. Nastawiała złamane kości. Leczyła poparzenia. Niewielki zapas mikstur, który zabrała ze sobą „na wszelki wypadek” topniał w zastraszającym tempie. Poprosiła dwie osoby, aby pobiegły do Sproutów i prośbą, groźbą albo przekupstwem przekonały ich do podzielenia się własnymi zasobami, ale nie miała pojęcia, czy to odniesie jakikolwiek rezultat. A wreszcie, kiedy akurat kończyła zajmować się pewnym czarodziejem, który ucierpiał w wyniku jakiegoś zaklęcia, usłyszała, że po pierwsze – trzy osoby przyniesione z polany się obudziły, po drugie – czwartą trzeba przenieść do Londynu.
Do namiotu Florence weszła po krótkiej rozmowie ze znajomą uzdrowicielką, słowa o kowencie Macmillanów odbijały się jej w głowie (kowen, na litość Munga, dlaczego jej brata chcieli zabierać tam, a nie do szpitala, musiała z całych sił zagryzać język, by nie zacząć protestować, skoro zdecydowano, że to jedyna szansa). Trochę bardziej rozczochrana niż zazwyczaj, w trochę bardziej wymiętych ubraniach, ze wszystkich sił starająca się zachować spokój…
…co spełzło szybko na niczym, bo wkroczyła do namiotu w samą porę, aby zobaczyć, jak Patrick Steward leci na spotkanie podłogi. Nie zdążyła sobie nawet uświadomić, jak bardzo cieszy się na jego widok. (Zresztą, nie uznałaby tego za nic nadzwyczajnego: przecież i bez żadnych popsutych rytuałów cieszyłaby się widząc, że jej przyjaciel, który ledwo co walczył o życie, obudził się i wygląda w miarę dobrze. W miarę.)
Florence rzuciła się ku niemu odruchowo, wyciągając ręce, by go schwytać. Ponieważ jednak była od niego sporo niższa i raczej nie należała do najsilniejszych osób, sprawiło to, że teraz chwiali się oboje, grożąc wspólnym poobijaniem się o ziemię i dobrą chwilę potrwało, nim Bulstrode wreszcie zdołała złapać równowagę.
- Co ty wyrabiasz, Patrick? – spytała, próbując popchnąć go w stronę łóżka, z którego ledwo co wstał. Zignorowała to, jak bardzo zimna była jego ręka. Miała okazję przekonać się, jak są wymarznięci, kiedy się pojawili. I nie do końca nawet rozumiała, dlaczego robiono z tego taką sensację. Noc na zewnątrz, gdy oberwało się czarami, mogła wywołać hipotermię. Teraz zaś, kiedy to nie minęło, przemknęło jej przez myśl, że chyba nie złamano ciągle jakiejś klątwy… – Nie powinieneś wstawać. Musisz leżeć jeszcze przynajmniej przez godzinę. Żadne z was nie powinno wstawać – dodała Florence, te słowa kierując już do całej trójki i obrzucając przy nich podejrzliwym spojrzeniem Victorię i Mavelle, zupełnie jakby spodziewała się, że zaraz postanowią radośnie poderwać się z łóżek i zadeklarować, że idą przeszukiwać las. Dzisiaj już jeden Brygadzista i jedna aurorka usiłowali zrobić im taki numer. Ten pierwszy zemdlał, ledwo postąpił parę kroków, tę drugą Flo zdołała powstrzymać przed otworzeniem sobie ran, kiedy w porę przewidziała jej zamiary.
Rozpraszała więc rezultaty zaklęć. Nastawiała złamane kości. Leczyła poparzenia. Niewielki zapas mikstur, który zabrała ze sobą „na wszelki wypadek” topniał w zastraszającym tempie. Poprosiła dwie osoby, aby pobiegły do Sproutów i prośbą, groźbą albo przekupstwem przekonały ich do podzielenia się własnymi zasobami, ale nie miała pojęcia, czy to odniesie jakikolwiek rezultat. A wreszcie, kiedy akurat kończyła zajmować się pewnym czarodziejem, który ucierpiał w wyniku jakiegoś zaklęcia, usłyszała, że po pierwsze – trzy osoby przyniesione z polany się obudziły, po drugie – czwartą trzeba przenieść do Londynu.
Do namiotu Florence weszła po krótkiej rozmowie ze znajomą uzdrowicielką, słowa o kowencie Macmillanów odbijały się jej w głowie (kowen, na litość Munga, dlaczego jej brata chcieli zabierać tam, a nie do szpitala, musiała z całych sił zagryzać język, by nie zacząć protestować, skoro zdecydowano, że to jedyna szansa). Trochę bardziej rozczochrana niż zazwyczaj, w trochę bardziej wymiętych ubraniach, ze wszystkich sił starająca się zachować spokój…
…co spełzło szybko na niczym, bo wkroczyła do namiotu w samą porę, aby zobaczyć, jak Patrick Steward leci na spotkanie podłogi. Nie zdążyła sobie nawet uświadomić, jak bardzo cieszy się na jego widok. (Zresztą, nie uznałaby tego za nic nadzwyczajnego: przecież i bez żadnych popsutych rytuałów cieszyłaby się widząc, że jej przyjaciel, który ledwo co walczył o życie, obudził się i wygląda w miarę dobrze. W miarę.)
Florence rzuciła się ku niemu odruchowo, wyciągając ręce, by go schwytać. Ponieważ jednak była od niego sporo niższa i raczej nie należała do najsilniejszych osób, sprawiło to, że teraz chwiali się oboje, grożąc wspólnym poobijaniem się o ziemię i dobrą chwilę potrwało, nim Bulstrode wreszcie zdołała złapać równowagę.
- Co ty wyrabiasz, Patrick? – spytała, próbując popchnąć go w stronę łóżka, z którego ledwo co wstał. Zignorowała to, jak bardzo zimna była jego ręka. Miała okazję przekonać się, jak są wymarznięci, kiedy się pojawili. I nie do końca nawet rozumiała, dlaczego robiono z tego taką sensację. Noc na zewnątrz, gdy oberwało się czarami, mogła wywołać hipotermię. Teraz zaś, kiedy to nie minęło, przemknęło jej przez myśl, że chyba nie złamano ciągle jakiejś klątwy… – Nie powinieneś wstawać. Musisz leżeć jeszcze przynajmniej przez godzinę. Żadne z was nie powinno wstawać – dodała Florence, te słowa kierując już do całej trójki i obrzucając przy nich podejrzliwym spojrzeniem Victorię i Mavelle, zupełnie jakby spodziewała się, że zaraz postanowią radośnie poderwać się z łóżek i zadeklarować, że idą przeszukiwać las. Dzisiaj już jeden Brygadzista i jedna aurorka usiłowali zrobić im taki numer. Ten pierwszy zemdlał, ledwo postąpił parę kroków, tę drugą Flo zdołała powstrzymać przed otworzeniem sobie ran, kiedy w porę przewidziała jej zamiary.