Skupić się. Oczywiście, że nie da rady, gdy kobieta tak stoi przed nim trzymając go za ramiona. Czuł jej zapach, jej ciepło. Nie miał ochoty ćwiczyć teraz deportacji. Chciał ją objąć i zaciągnąć się...
Ale nie mógł. Kim miała rację. Był teraz starszy. Musi się skupić i nie dawać się ponieść emocjom. Czy to strach, czy zauroczenie, to nie miało teraz znaczenia. Uczona się właśnie umiejętność była niesamowicie istotna. Po prostu musi ją opanować.
— Tak, masz rację...
A wtedy jego dłoń znalazła się w delikatnym uścisku. Naelektryzowany Gio z jednej strony chciał uciec, z drugiej przeciągać tą chwilę w nieskończoność. Czy Kim miała najmniejsze pojęcie o tym, co działo się w środku Giovanniego? Czy rumieniec na jej twarzy związany był z pogodą, czy może...
— Cel, namysł, wola... Tak, tak, teraz mi się uda. Postaram się pojawić tam, tuż obok tego krzewu.
Wskazał wspomnianą roślinę, obszedł niewielkie kółko, by pobudzić krew w żyłach, po czym uniósł dłoń z różdżką. Raz, dwa, trzy... Obrócił się i nic. Drugi raz. Też nic. Trzeci raz.
Udało się. Pojawił się w wybranym przez siebie miejscu. Oparł od razu dłonie na kolanach, bo z jakiegoś powodu źle się poczuł. Przyzwyczajony był do deportacji i świstoklików, ale tym razem to dziwne ciągnięcie za pępek zapewniło mu nieoczekiwane doznania.
— Nic mi nie jest! — Rzucił od razu w stronę Kim. — Chyba...
Wyprostował się i obejrzał, ale nie dostrzegł śladów ewentualnego rozszczepienia.