Los czasem bywał okrutny, czasem całkiem miły. Może nie rozproszy od razu wyobrażeń Sary na temat Martina. Zaliczył aż dwa kontynenty, to prawda. Ale poza granice domu rodziców lub babki ze Stanów ruszał się rzadziej, niż by na to zdrowy rozsądek pozwalał. Jego podróże odbywały się po kartach ksiąg — im starsze, tym lepiej. Zwiedzał ubiegłe epoki, meandry umysłów dawnych myślicieli oraz wielkich artystów. Ale może i w tym kapłanka odnajdzie jakąś uciechę.
Elegancja domu Crouchów nie miała nic wspólnego z przepychem, ale jasno dawała do zrozumienia o prestiżu nazwiska i zawartości skrytki w banku. Pojedyncze obrazy zapraszały do podziwiania kunsztu zaproszonych malarzy, bo też większość z nich tworzona była na specjalne zamówienie. Również w gabinecie Martina wisiał malutki obrazek przedstawiający dworek Sue na Nowym Lądzie.
Czarodziej potrzebował chwili, ale rozpoznał kapłankę. Jej niecodzienny wygląd i sposób bycia zapadał w pamięć nawet po krótkich interakcjach. W ponurym pokoju zdawała się niemal świecić swoją wolą życia i entuzjazmem.
Martina również podekscytowało wspomnienie ciężkich do rozszyfrowania tekstów, chociaż emocja ta nie uzewnętrzniła się ono w żaden sposób. Zakłopotał się trochę wspomnieniem pejcza, ale szybko ustąpiło to kolejnym miłym słowom.
— Dziękuję, opuściłem Beltane... nim to wszystko się stało. Panią również dobrze widzieć przy zdrowiu.
Uśmiechnął się do niej lekko i od razu widać było, jak rzadko uśmiech gości na jego twarzy. Usiadł, gdy tylko dziewczyna zajęła miejsce. Spojrzał na torbę.
— Bardzo interesuje mnie, z czym pani do mnie przyszła.
Zazwyczaj beznamiętny głos nabierał tutaj nutkę ciepła. Chciał być miły.