02.07.2023, 21:11 ✶
Tak naprawdę Ulysses wcale nie wyglądał teraz tak idealnie jak widziała to Danielle. Tak, oczywiście, miał na sobie garnitur, koszulę i krawat (a gdy wychodził z domu Cathala, jego buty naturalnie lśniły od pastowania), ale jazda Błędnym Rycerzem z mnóstwem innych czarodziei, maszerowanie przez zniszczoną, błotnistą polanę a wreszcie i (a właściwie to przede wszystkim) niepokój, który odczuwał wyraźnie odmalowywał się na jego twarzy, w wyglądzie i w ruchach. Te miał jeszcze bardziej sztywne, mechaniczne a jednocześnie, może paradoksalnie, wyglądał przez to na bardziej ludzkiego niż zazwyczaj.
Nie przerywał kontaktu fizycznego między nimi. Przeciwnie, tym razem chłonął bliskość Danielle. Nie tylko mechanicznie zapamiętywał fakturę jej brudnych ubrań, ciepło skóry lub ciężar ciała, ale przede wszystkim wsłuchiwał się w oddech i w bicie serca. Jak dobrze było wiedzieć, że żyła, że nie ucierpiała, że była tylko przemęczona pracą, którą teraz musiała wykonywać. Najchętniej zabrałby ją stąd do domu Cathala i w czasie gdy doprowadzałaby się do porządku, zrobiłby jej śniadanie a potem przypilnował by odpoczęła przez kilka godzin.
Ba, w pierwszych kilku sekundach, gdy chciała się odsunąć, wcale nie chciał jej puszczać i dopiero szarpnięcie uzmysłowiło mu, że zaczynał zachowywać się – nawet jak na siebie – zbyt dziwnie. Ręce opadły mu luźno, gdy zwiększyła dystans między nimi.
Pokręcił głową.
- Nie widziałem go – odpowiedział zgodnie z prawdą. Ba, nie widział go nawet wczoraj na obchodach Beltane, ale wczoraj był zbyt zajęty najpierw wykonywaniem zadania dla Czarnego Pana a potem zamartwianiem się o Danielle (jakoś o Cathala aż tak martwić się nie musiał, Shafiq od razu zrozumiał i postanowił, razem ze swoją grupą, opuścić polanę). – Może przeczesuje las? – podsunął.
A jednak gdzieś w środku poczuł dziwny niepokój. Wydarzenia z lipca 1971 roku nierozerwalnie rozdzieliły go z uzdrowicielką. Nie chciał by przepaść między nimi tylko się pogłębiła, bo okazałoby się, że Śmierciożercy zabili jej ojca. Mógł ją obserwować z daleka, ale nie chciał by myśląc o nim czuła jedynie trawiącą ją od środka nienawiść.
- Musiałem się upewnić, że z tobą wszystko w porządku – wyjaśnił wprost. – Mogę też tu zostać i pomóc, jeśli… jeśli w ogóle mogę się na coś przydać – podsunął, a potem bardzo niespodziewanie dla samego siebie, bo wolałby te słowa przemyśleć dziesięciokrotnie niż wypowiedzieć je ot tak, dodał – Teraz już wiem, że ci na których zależy mi najbardziej są bezpieczni i zdrowi.
Nie przerywał kontaktu fizycznego między nimi. Przeciwnie, tym razem chłonął bliskość Danielle. Nie tylko mechanicznie zapamiętywał fakturę jej brudnych ubrań, ciepło skóry lub ciężar ciała, ale przede wszystkim wsłuchiwał się w oddech i w bicie serca. Jak dobrze było wiedzieć, że żyła, że nie ucierpiała, że była tylko przemęczona pracą, którą teraz musiała wykonywać. Najchętniej zabrałby ją stąd do domu Cathala i w czasie gdy doprowadzałaby się do porządku, zrobiłby jej śniadanie a potem przypilnował by odpoczęła przez kilka godzin.
Ba, w pierwszych kilku sekundach, gdy chciała się odsunąć, wcale nie chciał jej puszczać i dopiero szarpnięcie uzmysłowiło mu, że zaczynał zachowywać się – nawet jak na siebie – zbyt dziwnie. Ręce opadły mu luźno, gdy zwiększyła dystans między nimi.
Pokręcił głową.
- Nie widziałem go – odpowiedział zgodnie z prawdą. Ba, nie widział go nawet wczoraj na obchodach Beltane, ale wczoraj był zbyt zajęty najpierw wykonywaniem zadania dla Czarnego Pana a potem zamartwianiem się o Danielle (jakoś o Cathala aż tak martwić się nie musiał, Shafiq od razu zrozumiał i postanowił, razem ze swoją grupą, opuścić polanę). – Może przeczesuje las? – podsunął.
A jednak gdzieś w środku poczuł dziwny niepokój. Wydarzenia z lipca 1971 roku nierozerwalnie rozdzieliły go z uzdrowicielką. Nie chciał by przepaść między nimi tylko się pogłębiła, bo okazałoby się, że Śmierciożercy zabili jej ojca. Mógł ją obserwować z daleka, ale nie chciał by myśląc o nim czuła jedynie trawiącą ją od środka nienawiść.
- Musiałem się upewnić, że z tobą wszystko w porządku – wyjaśnił wprost. – Mogę też tu zostać i pomóc, jeśli… jeśli w ogóle mogę się na coś przydać – podsunął, a potem bardzo niespodziewanie dla samego siebie, bo wolałby te słowa przemyśleć dziesięciokrotnie niż wypowiedzieć je ot tak, dodał – Teraz już wiem, że ci na których zależy mi najbardziej są bezpieczni i zdrowi.