Swoje kroki od zawsze stawiała ostrożnie.
Chociaż niekoniecznie w sensie dosłownym — ponieważ Deborah lubiła echo stukotu szpilek uderzających o posadzkę i obwieszczających o jej nadejściu, poza tym nigdy nie należała do osób nieśmiałych, próbujących zatuszować swoje pojawienie się w miejscach publicznych — ale raczej w sensie metaforycznym. Była osobą mniej lub bardziej rozpoznawalną na przestrzeni ostatnich lat, od kiedy objęła stanowisko młodszego sędziego w Ministerstwie Magii. Ciążyła na niej odpowiedzialność, a każde potknięcie mogło zaważyć na dobrym imieniu jej i całej ich rodziny. W tym jej nowego członka, którego Deborah wciąż nie potrafiła jasno sklasyfikować w swojej dotychczas perfekcyjnie ułożonej hierarchii wartości.
Deborah była na tyle inteligentna żeby wiedzieć, że coś takiego jak neutralność to mrzonka dla utopistów, która pryśnie w tej samej sekundzie, w której dojdzie do ataków, ludzie zaczną ginąć w swoich domach, a rebelia dotychczas będąca tylko szeptem przekazywanym z ust do ust wybuchnie prawdziwym płomieniem. Nie miała wątpliwości, że właśnie do tego zmierzają ludzie na samym szczycie. I choć decyzja o wspieraniu jedynej słusznej strony w nadchodzącym konflikcie była dla niej oczywista od samego początku, czy z racji urodzenia i wartości, w otoczeniu których Deborah się wychowywała, czy ze względu na męża, to jednak ona nie mogła rzucić się w sprawę na ślepo. Nie mogła i nie chciała podporządkować jej swojego życia, w którym ambicja nie pozwalała się zatrzymać przy sięganiu dalej, po więcej. Musiała więc działać ostrożnie, ciągle oglądając się przez ramię, hamując zapędy i naturalne odruchy. Nie miała tego przywileju, który posiadał Elijah. Z wielu powodów, które burzyły w niej irytację.
Teraz jednak miał wreszcie nadejść jej dzień. I Deborah była na niego przygotowana.
Ściśle upięte w kok włosy o odcieniu czekoladowego brązu zmienione za sprawą prostego zaklęcia transmutacyjnego schowała pod obszernym kapturem ciemnej szaty, twarz zaś miała ukryć pod prostą maską. Ubrała wygodne buty, dłonie skryła w skórzanych, czarnych rękawiczkach, a różdżkę schowała w wewnętrznej kieszeni szaty, do której mogła sięgnąć w ułamku sekundy. Rozsiadła się na balkonie posiadłości rodowej i spokojnie czekała na znak. Miała pewność, że go nie przegapi, a kiedy nocne niebo rozdarła trupia czaszka z wężem wypełzającym wprost z jej ust, uśmiechnęła się do siebie. Naciągnęła maskę na twarz i wyszrapnąwszy różdżkę z kieszeni, deportowała się na wyznaczone wcześniej miejsce. Wylądowała zgrabnie na bruku pokrywającym ulicę Pokątną i z satysfakcją odkryła, że zrobiła to jako jedna z piewrszych.
Była tylko pionkiem w grze, której jeszcze nie rozumiała. Stanięcie przed kimś, kto był zdolny do wyczarowania Mrocznego Znaku było naraz onieśmielające i cholernie ekscytujące. Kim był? Nie miała pojęcia, nie znała nikogo z pojawiających się tutaj ludzi. Ale była też druga strona medalu; świadomość, że tutaj nikt nie może rozpoznać jej — poza tą jedną osobą, której teraz otwarcie się przyglądała — i okazała się elektryzująca. Była czymś nowym.
Zacisnęła mocniej palce na rękojeści różdżki w dłoni zwisającej pozornie luźno wzdłuż ciała i skinęła głową zamaskowanej postaci, nieznacznie, tylko żeby dać znać, że jest gotowa. I że zrobi wszystko, co będzie trzeba, żeby wykonać polecenia.
Nie odwróciła się od niego; coś jej mówiło, że to może być osoba, z której lepiej nie spuszczać wzroku.