02.07.2023, 23:22 ✶
Gest, który najwyraźniej zaalarmował Victorię nie oznaczał, że się dusiła czy coś w ten deseń. Był raczej wyrazem frustracji, manifestem chęci zdjęcia niewidzialnej obroży, która nie pozwalała mówić. Mówić i – jak się miało w przyszłości okazać – czynić cokolwiek innego. Narysować rebus? Nie. Wskazać zdjęcie, nawet nie samego Voldemorta? Nie. Napisać, przekazać Falami? Nie, nie i jeszcze raz nie.
Klątwa była rozległa, niemniej jak na razie stykała się tylko z tym, że nagle odejmowało jej mowę. I jeszcze to nieprzyjemne uczucie w języku… szlag. Po prostu szlag. Niech no tylko jeszcze raz stanie z nim oko w oko…!
Szczegół, że zapewne skończyłaby jako mokra plama, przy całej tej potędze Dzbana. Ale o tym nie myślała. To nie miało znaczenia. Niemalże dyszała teraz żądzą zemsty – choć trzeba jej oddać sprawiedliwość, że zemsta nie byłaby wyłącznie za jej własną krzywdę. Bo krzywd przecież było o wiele, wiele więcej, więcej niż zdawała sobie w tej chwili sprawę.
Cóż, co się odwlecze, to nie uciecze – rozmiar ich i tak pozna; jeśli nie przebywając jeszcze w szpitalu, z podsłuchanych rozmów czy ewentualnie od gości (o ile przyjdą. Tak wiele do zrobienia, tak mało czasu…), to już po opuszczeniu tego pomieszczenia…? Tak, prędzej czy później przyjdzie jej poznać wszystko.
- Mówić. Nie mogę mówić – wyrzuciła z siebie dość szybko, mało składnie – bo przecież, jak widać, mówiła. I nawet się te słowa generalnie kleiły, czyli nie były absolutnym, niezrozumiałym bełkotem, z którego dałoby się wyłuskać jedynie poszczególne zgłoski. Wręcz przeciwnie – wyraźne, mimo iż złożone do kupy na pierwszy rzut oka nie miały sensu. Przynajmniej w tej części, gdzie nagle urywała, ewidentnie nie mogąc się wysłowić - - O to – rzuciła, podrywając się nagle do pozycji siedzącej. Patrick wstawał. Patrick ewidentnie chciał się wynieść – co w pełni rozumiała, oczywiście, pewne informacje musiały zostać przekazane – ale też… nie byli u szczytu formy. A on się zachwiał.
I pewnie kolejna sekunda byłaby tą, w której oboje znajdowali się na podłodze, bowiem odruchowo chciała wyskoczyć z łóżka, żeby złapać Stewarda – ale własne ciało też ją zdradziło. Świat zawirował przed oczami, zanim jeszcze zdążyła dotknąć stopami ziemi, co sprawiło, że koniec końców swego łóżka nie opuściła.
I jakimś dziwnym trafem w dokładnie tej chwili pojawiła się uzdrowicielka. W zasadzie całe szczęście; Mav mogła odetchnąć z ulgą i z powrotem opaść na łóżko, „podziwiając” nowe walory sufitu. Prawie niczym w Wielkiej Sali!
Klątwa była rozległa, niemniej jak na razie stykała się tylko z tym, że nagle odejmowało jej mowę. I jeszcze to nieprzyjemne uczucie w języku… szlag. Po prostu szlag. Niech no tylko jeszcze raz stanie z nim oko w oko…!
Szczegół, że zapewne skończyłaby jako mokra plama, przy całej tej potędze Dzbana. Ale o tym nie myślała. To nie miało znaczenia. Niemalże dyszała teraz żądzą zemsty – choć trzeba jej oddać sprawiedliwość, że zemsta nie byłaby wyłącznie za jej własną krzywdę. Bo krzywd przecież było o wiele, wiele więcej, więcej niż zdawała sobie w tej chwili sprawę.
Cóż, co się odwlecze, to nie uciecze – rozmiar ich i tak pozna; jeśli nie przebywając jeszcze w szpitalu, z podsłuchanych rozmów czy ewentualnie od gości (o ile przyjdą. Tak wiele do zrobienia, tak mało czasu…), to już po opuszczeniu tego pomieszczenia…? Tak, prędzej czy później przyjdzie jej poznać wszystko.
- Mówić. Nie mogę mówić – wyrzuciła z siebie dość szybko, mało składnie – bo przecież, jak widać, mówiła. I nawet się te słowa generalnie kleiły, czyli nie były absolutnym, niezrozumiałym bełkotem, z którego dałoby się wyłuskać jedynie poszczególne zgłoski. Wręcz przeciwnie – wyraźne, mimo iż złożone do kupy na pierwszy rzut oka nie miały sensu. Przynajmniej w tej części, gdzie nagle urywała, ewidentnie nie mogąc się wysłowić - - O to – rzuciła, podrywając się nagle do pozycji siedzącej. Patrick wstawał. Patrick ewidentnie chciał się wynieść – co w pełni rozumiała, oczywiście, pewne informacje musiały zostać przekazane – ale też… nie byli u szczytu formy. A on się zachwiał.
I pewnie kolejna sekunda byłaby tą, w której oboje znajdowali się na podłodze, bowiem odruchowo chciała wyskoczyć z łóżka, żeby złapać Stewarda – ale własne ciało też ją zdradziło. Świat zawirował przed oczami, zanim jeszcze zdążyła dotknąć stopami ziemi, co sprawiło, że koniec końców swego łóżka nie opuściła.
I jakimś dziwnym trafem w dokładnie tej chwili pojawiła się uzdrowicielka. W zasadzie całe szczęście; Mav mogła odetchnąć z ulgą i z powrotem opaść na łóżko, „podziwiając” nowe walory sufitu. Prawie niczym w Wielkiej Sali!