03.07.2023, 02:10 ✶
Ulysses uniósł lekko kąciki ust dostrzegając oburzenie Cathala i Lety. Nie, nie był to prawdziwy uśmiech. Raczej nikłe rozbawienie z faktu, że mimo tylu lat, tylu tych samych sztuczek Wellingtona, wciąż potrafił zaleźć im wszystkim za skórę.
- Wiesz, że to nie o to chodzi, prawda? – zapytał, posyłając przyjacielowi nieco łagodniejsze spojrzenie. – On po prostu sam chciałby przewodzić wykopaliskom w Walii. Nie chodzi o to, co zrobiłeś źle lub mogłeś zrobić lepiej. Chodzi tylko o to, że jesteś. W Ministerstwie, zawsze powtarza się, może nawet ojciec Lety robi to częściej niż mój, że wystarczy czarodziej a znajdzie się na niego paragraf.
O ile młody Rookwood rzadko rozumiał nieśmieszne żarty tlące się w takich przysłowiach, o tyle tutaj zachowanie Wellingtona idealnie mu do tego pasowało. Zazdrość. Zwykła zazdrość popychała go do głupich działań bardziej niż cokolwiek, co Cathal, Leta lub nawet on sam, mogli rzeczywiście zrobić.
Tylko czy posunąłby się do próby zamordowania ich? Tego Ulysses nie wiedział, ale gdyby miał kogoś wytypować i znaleźć, z pewnością szukałby właśnie Finneasa. Przecież to wszystko nie mógł być przypadek, prawda? Nie aż taki przypadek.
- Dobrze. Sprawdzę go w pracy. Na tyle, na ile będę mógł – zgodził się odruchowo, chwilowo zajęty własnymi myślami. Może nawet jego ojciec wiedział coś o tej brudniejszej stronie Wellingtona? Bo że taka istniała wiedzieli już całą trójką. I chociaż młodego Rookwooda coś irytowało w myśli, że miałby we własne sprawy, tak blisko związane z Cathalem (bo na swój sposób starał się go chronić przed Czarnym Panem) zaangażować swojego ojca, gdy chodziło o sprawy związane z Biurem Aurorów, nie miał podstaw by nie ufać ojcu.
- Gdybyście nie odnaleźli niczego, co do niego należy. Mam napisaną przez niego skargę – przypomniał na wszelki wypadek. Nie wiedział na ile ta mogła pomóc, ale zaoferować nic więcej nie mógł.
Na kolejne słowa nie odpowiedział już nic więcej. Ciągle starał się pamiętać, że chociaż wszystko wskazywało na Wellingtona to wcale nie musiał być on. Tylko, że gdyby to nie był on, to kto w takim wypadku? To pytanie pozostało w jego umyśle otwarte.
- Wiesz, że to nie o to chodzi, prawda? – zapytał, posyłając przyjacielowi nieco łagodniejsze spojrzenie. – On po prostu sam chciałby przewodzić wykopaliskom w Walii. Nie chodzi o to, co zrobiłeś źle lub mogłeś zrobić lepiej. Chodzi tylko o to, że jesteś. W Ministerstwie, zawsze powtarza się, może nawet ojciec Lety robi to częściej niż mój, że wystarczy czarodziej a znajdzie się na niego paragraf.
O ile młody Rookwood rzadko rozumiał nieśmieszne żarty tlące się w takich przysłowiach, o tyle tutaj zachowanie Wellingtona idealnie mu do tego pasowało. Zazdrość. Zwykła zazdrość popychała go do głupich działań bardziej niż cokolwiek, co Cathal, Leta lub nawet on sam, mogli rzeczywiście zrobić.
Tylko czy posunąłby się do próby zamordowania ich? Tego Ulysses nie wiedział, ale gdyby miał kogoś wytypować i znaleźć, z pewnością szukałby właśnie Finneasa. Przecież to wszystko nie mógł być przypadek, prawda? Nie aż taki przypadek.
- Dobrze. Sprawdzę go w pracy. Na tyle, na ile będę mógł – zgodził się odruchowo, chwilowo zajęty własnymi myślami. Może nawet jego ojciec wiedział coś o tej brudniejszej stronie Wellingtona? Bo że taka istniała wiedzieli już całą trójką. I chociaż młodego Rookwooda coś irytowało w myśli, że miałby we własne sprawy, tak blisko związane z Cathalem (bo na swój sposób starał się go chronić przed Czarnym Panem) zaangażować swojego ojca, gdy chodziło o sprawy związane z Biurem Aurorów, nie miał podstaw by nie ufać ojcu.
- Gdybyście nie odnaleźli niczego, co do niego należy. Mam napisaną przez niego skargę – przypomniał na wszelki wypadek. Nie wiedział na ile ta mogła pomóc, ale zaoferować nic więcej nie mógł.
Na kolejne słowa nie odpowiedział już nic więcej. Ciągle starał się pamiętać, że chociaż wszystko wskazywało na Wellingtona to wcale nie musiał być on. Tylko, że gdyby to nie był on, to kto w takim wypadku? To pytanie pozostało w jego umyśle otwarte.