03.07.2023, 08:51 ✶
Co do cholery?
Gdy Brenna zajrzała do środka ze zdziwieniem przekonała się, że mężczyzna ani nie zasnął, ani nie został porażony jej zaklęciem. Zarówno pozycja, w jakiej leżał, jak i rozlana herbata (tej poświęciła ułamek sekundy, bo nawiedziło ją wspomnienie papki w domu Hillów), świadczyły o tym, że... coś się stało. Truli się nawzajem? Uśpili go z jakiegoś tajemniczego powodu, może bo nie spodobał się mu element planu? A może dom był już pusty, a oni znikli, zabierając ze sobą chłopca...?
Gdyby nie ta myśl, pewnie podeszłaby sprawdzić ten puls. I gdyby nie rozpoznała w tym człowieku - prawdopodobnie - jednego z tych, którzy odwiedzili dom Hillów. Byli we właściwym miejscu. W tej chwili najważniejsze było ustalenie, co spotkało dzieciaka i nie chciała marnować czasu.
Obróciła się gwałtownie na pięcie, po czym, skoro już sprawdziła źródło tajemniczego światła, starając się iść na tyle ostrożnie, by jej kroki nie dudniły po całym pogrążonym w ciszy domu (ba, nawet oddech wstrzymywała odruchowo, bojąc się choćby głębiej westchnąć, bo wcale nie była nieustraszona i pozostawała boleśnie świadoma, że przebywa w domu czarnoksiężników, morderców), ruszyła znów na korytarz. Tym razem prosto do drzwi wejściowych. Chciała je otworzyć od środka, jeśli to możliwe bez magii, jeżeli nie - alohomorą. Musieli przeszukać to miejsce, nieważne, czy porywacze (i dziecko, proszę, niech będzie tu to dziecko, ciągle całe i zdrowe) byli w środku, czy też nie. W obu przypadkach pójdzie im znacznie szybciej niż we dwójkę. A jeżeli ktoś to usłyszy?
O ile ci ludzie byli w tym domu, i tak przyjdzie im z nimi walczyć.
Gdy Brenna zajrzała do środka ze zdziwieniem przekonała się, że mężczyzna ani nie zasnął, ani nie został porażony jej zaklęciem. Zarówno pozycja, w jakiej leżał, jak i rozlana herbata (tej poświęciła ułamek sekundy, bo nawiedziło ją wspomnienie papki w domu Hillów), świadczyły o tym, że... coś się stało. Truli się nawzajem? Uśpili go z jakiegoś tajemniczego powodu, może bo nie spodobał się mu element planu? A może dom był już pusty, a oni znikli, zabierając ze sobą chłopca...?
Gdyby nie ta myśl, pewnie podeszłaby sprawdzić ten puls. I gdyby nie rozpoznała w tym człowieku - prawdopodobnie - jednego z tych, którzy odwiedzili dom Hillów. Byli we właściwym miejscu. W tej chwili najważniejsze było ustalenie, co spotkało dzieciaka i nie chciała marnować czasu.
Obróciła się gwałtownie na pięcie, po czym, skoro już sprawdziła źródło tajemniczego światła, starając się iść na tyle ostrożnie, by jej kroki nie dudniły po całym pogrążonym w ciszy domu (ba, nawet oddech wstrzymywała odruchowo, bojąc się choćby głębiej westchnąć, bo wcale nie była nieustraszona i pozostawała boleśnie świadoma, że przebywa w domu czarnoksiężników, morderców), ruszyła znów na korytarz. Tym razem prosto do drzwi wejściowych. Chciała je otworzyć od środka, jeśli to możliwe bez magii, jeżeli nie - alohomorą. Musieli przeszukać to miejsce, nieważne, czy porywacze (i dziecko, proszę, niech będzie tu to dziecko, ciągle całe i zdrowe) byli w środku, czy też nie. W obu przypadkach pójdzie im znacznie szybciej niż we dwójkę. A jeżeli ktoś to usłyszy?
O ile ci ludzie byli w tym domu, i tak przyjdzie im z nimi walczyć.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.