Po upewnieniu się, że Nora oraz jej kolega zostali bezpiecznie odstawieni do namiotu uzdrowicieli, ruszył na ponowną wędrówkę po lesie. Nawet, jeżeli był raczej kiepskim pocieszycielem, a jego wsparcie Nory ograniczałoby się do objęcia jej ramieniem, bo nie znalazłby odpowiednich słów które chciałby jej przekazać, wolałby zostać przy niej i milczeć niezręcznie, niż ponownie tracić ją z zasięgu wzroku. Niestety, pracy było ogrom, a rąk do pomocy zwyczajnie brakowało. Poza tym, kto miałby przeszukiwać las, jeżeli nie on? Wątłej budowy sklepikarka o empatycznym sercu, która nie może pojąć ogromu tragedii i koniecznie chce pomóc? Urzędas z ministerstwa w krawaciku i garniturku, który z przyrodą miał styczność wyłącznie w trakcie długiego weekendu, wyruszając na kontrolowany biwak na ogrodzonym terenie? On czuł się w lesie jak w domu. Spędzał tam więcej czasu niż gdziekolwiek indziej, wiedział jak się po nim poruszać, na co zwracać uwagę.
Kiedy okazało się, że jego towarzyszką dzisiejszej podróży będzie Gerry, nie krył swojego zadowolenia. Koleżanka po fachu, równie zaznajomiona z działaniem w terenie co on. Lepszej towarzyszki dzisiejszej podróży chyba nie mógł sobie wymarzyć.
- Cześć, Gerry - odezwał się na przywitanie. Przy wysokiej blondynce wyglądał jak konus, jednak nieszczególnie mu to przeszkadzało i jeszcze w czasach szkolnych przestał się tym przejmować. - Nie ukrywam, że cieszę się, że Cię widzę. Gdybym musiał przemierzać las z kimś, kogo musiałbym dodatkowo niańczyć... - to chyba bym oszalał - Ruszajmy. Nie ma co tracić czasu - kiwnął lekko głową i ruszył w las. Ich kontakt był raczej sporadyczny, ale nie ukrywał tego, że szanował Yaxley. Za doświadczenie, talent, ogrom wiedzy na temat magicznych stworzeń. Poza tym, jako jedna z nielicznych czarownic o idealnym rodowodzie zdawała się nie przejmować jego pochodzeniem.
!D1