03.07.2023, 21:05 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.07.2023, 21:06 przez Brenna Longbottom.)
- Zupełnie nie rozumiem, jakim cudem to tak się rozeszło – przyznała Brenna szczerze. – Tak, byliście zimni, ale dla mnie to wyglądało na rezultat tego, że czymś oberwaliście. Jakiś uzdrowiciel musiał mieć bardzo, bardzo długi język.
Zwłaszcza, że w tamtej chwili wszystko się waliło. Dziesiątki rannych, zaginionych, przedziwne stwory i jeszcze dziwniejsze drzewa. Ciała wynoszone z polany. Brennę trochę zdumiewało, jak dużą uwagę w takich okolicznościach przyciągnęła ta czwórka i próbowała nawet sprawdzić, kto się nimi zajmował. I trochę niepokoiła się, czy ktoś… nie użył na nich legimens? Chyba żadne z nich nie opowiedziała od razu, jak się czuje…
- Mav? – powiedziała powoli. – Z Voldemortem byli śmierciożercy. Może ich też to dotknęło.
A jeżeli tak, to jeśli spotkają kogoś, kogo skóra będzie zimna jak lód, będą mogli podejrzewać, że ten ktoś jest śmierciożercą.
Oczywiście jednak, na miejscu Voldemorta po prostu trzymałaby teraz tych ludzi w ukryciu, więc pewnie nie było na to żadnych szans.
Tymi przemyśleniami Brenna jednak już nie miała szans się podzielić, a to przez wzgląd na całą… paskudną sytuację. Spróbowała umknąć dalej od blatu, odłamki jednak sypały się i byłyby sypały się dalej, gdyby nie czar Mavelle, który sprawił, że jakby zwolniły. Teraz kolejne wypadały powoli, już nie grożąc zasypaniem ich obu i sypialni Brenny pod morzem szkła. Najwyraźniej jednak rozproszeniem nie dało się tego całkowicie zdjąć: potrzebowałyby chyba do tego łamacza klątw… Longbottom więc wycelowała w lusterko, zdecydowana spróbować w inny sposób.
Czar walnął w zwierciadło, najpierw jeden, potem jeszcze na wszelki wypadek drugi oraz trzeci. Dwa pierwsze nie przyniosły należytego efektu, ale po trzecim lusterko rozbiło się, i tym razem na wszystkie strony poleciały fragmenty zdobionej ramy.
- Cholera – wymamrotała Brenna, opuszczając różdżkę. Serce tłukło się jej szaleńczo w piersi. Na podłodze wciąż leżały odłamki, tak samo jak na blacie. – Przeklęte, jak nic przeklęte. Miałyśmy szczęście, że to chyba była słaba klątwa… - dodała, opuszczając wzrok na migoczące w świetle słonecznych promieni szkło. I przez moment nie myślała o Beltane, o wujku, o Voldemorcie, a o tym, co nalezało zrobić z całą tą sytuacją. – Kupiłam je. W sklepie z antykami i tak dalej. Nie mam pojęcia, do kogo wcześniej należało. To dobry sklep, zwykle sprawdzają takie rzeczy, musieli to jakoś przepuścić… porozmawiam z nimi. Do licha, co, gdyby to trafiło do pokoju jakiegoś dziecka? – stwierdziła. A przynajmniej miała nadzieję, że to klątwołamacz zatrudniony w szanowanym przybytku czegoś nie dopatrzył. Cichy szept w głowie podpowiadał jednak, że może ktoś sprzedał jej to celowo. Bo czy rodzina Brenny mogłaby jeszcze jaśniej pokazać, że nigdy nie poprze Voldemorta? Tak, zawsze było jasne, że nie wierzą w ideologię czystej krwi, ale tym razem połowa rodziny stała na polanie, przerzucając się czarami ze śmierciożercami.
Zwłaszcza, że w tamtej chwili wszystko się waliło. Dziesiątki rannych, zaginionych, przedziwne stwory i jeszcze dziwniejsze drzewa. Ciała wynoszone z polany. Brennę trochę zdumiewało, jak dużą uwagę w takich okolicznościach przyciągnęła ta czwórka i próbowała nawet sprawdzić, kto się nimi zajmował. I trochę niepokoiła się, czy ktoś… nie użył na nich legimens? Chyba żadne z nich nie opowiedziała od razu, jak się czuje…
- Mav? – powiedziała powoli. – Z Voldemortem byli śmierciożercy. Może ich też to dotknęło.
A jeżeli tak, to jeśli spotkają kogoś, kogo skóra będzie zimna jak lód, będą mogli podejrzewać, że ten ktoś jest śmierciożercą.
Oczywiście jednak, na miejscu Voldemorta po prostu trzymałaby teraz tych ludzi w ukryciu, więc pewnie nie było na to żadnych szans.
Tymi przemyśleniami Brenna jednak już nie miała szans się podzielić, a to przez wzgląd na całą… paskudną sytuację. Spróbowała umknąć dalej od blatu, odłamki jednak sypały się i byłyby sypały się dalej, gdyby nie czar Mavelle, który sprawił, że jakby zwolniły. Teraz kolejne wypadały powoli, już nie grożąc zasypaniem ich obu i sypialni Brenny pod morzem szkła. Najwyraźniej jednak rozproszeniem nie dało się tego całkowicie zdjąć: potrzebowałyby chyba do tego łamacza klątw… Longbottom więc wycelowała w lusterko, zdecydowana spróbować w inny sposób.
Czar walnął w zwierciadło, najpierw jeden, potem jeszcze na wszelki wypadek drugi oraz trzeci. Dwa pierwsze nie przyniosły należytego efektu, ale po trzecim lusterko rozbiło się, i tym razem na wszystkie strony poleciały fragmenty zdobionej ramy.
- Cholera – wymamrotała Brenna, opuszczając różdżkę. Serce tłukło się jej szaleńczo w piersi. Na podłodze wciąż leżały odłamki, tak samo jak na blacie. – Przeklęte, jak nic przeklęte. Miałyśmy szczęście, że to chyba była słaba klątwa… - dodała, opuszczając wzrok na migoczące w świetle słonecznych promieni szkło. I przez moment nie myślała o Beltane, o wujku, o Voldemorcie, a o tym, co nalezało zrobić z całą tą sytuacją. – Kupiłam je. W sklepie z antykami i tak dalej. Nie mam pojęcia, do kogo wcześniej należało. To dobry sklep, zwykle sprawdzają takie rzeczy, musieli to jakoś przepuścić… porozmawiam z nimi. Do licha, co, gdyby to trafiło do pokoju jakiegoś dziecka? – stwierdziła. A przynajmniej miała nadzieję, że to klątwołamacz zatrudniony w szanowanym przybytku czegoś nie dopatrzył. Cichy szept w głowie podpowiadał jednak, że może ktoś sprzedał jej to celowo. Bo czy rodzina Brenny mogłaby jeszcze jaśniej pokazać, że nigdy nie poprze Voldemorta? Tak, zawsze było jasne, że nie wierzą w ideologię czystej krwi, ale tym razem połowa rodziny stała na polanie, przerzucając się czarami ze śmierciożercami.
Rzut PO 1d100 - 22
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut PO 1d100 - 7
Akcja nieudana
Akcja nieudana
Rzut PO 1d100 - 61
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.