04.07.2023, 17:00 ✶
Własna niemoc frustrowała tak samo - jeśli nawet nie bardziej - od odkrycia, że nie mogła mówić. Co gorsza, wprawdzie nie dała temu jeszcze wyrazu, ale z brakiem możliwości nawrzucania Voldemortowi, ile się tylko da (i co z tego, że dzban jeden nie słyszy), wiązała się jeszcze jedna rzecz. Przypominało to trochę dawanie klapsa niegrzecznemu dziecku, tyle że ani on nie był jej ojcem, ani ona małolatą, którą należało przywoływać do porządku poprzez stosowanie takich metod.
Insza inszość, że koniec końców efekt będzie zgoła odwrotny - przecież jej przez myśl nawet nie przejdzie zgięcie karku i wypowiadanie się o nim w ten sam sposób, co śmierciożercy; ba, każdą klątwę dało się prędzej czy później złamać (i cokolwiek to było - nie dopuszczała do siebie, póki co, możliwości, że być może będzie musiała się użerać z tym jakże niechcianym prezentem do końca życia), a wtedy... Tak. Wtedy pokaże. W ten czy inny sposób.
W każdym razie, niemoc jak na razie prowadziła do podziwiania wirującego i rozmazanego sufitu, aż miała tego dość i po prostu zamknęła oczy licząc na to, że po chwili, kiedy ponownie je otworzy, wszystko się względnie unormuje. Względnie, bo do pełnej normalności to miała bardzo, bardzo daleko, czego była boleśnie świadoma.
- Sowa - odparła za Patricka. Tak. Pytanie nie było raczej do niej skierowane, ale raz że miała świadomość, iż jeśli Patrick potrzebuje sowy tu i teraz, to w zasadzie nie powinno to czekać (no dobrze. Może jednak powinno. Chociażby do momentu, w którym przestanie być słaby jak nowonarodzony szczeniak, co nie może się na łapkach utrzymać; bo tylko tego brakuje, żeby w kwestii ważnej korespondencji zdawać się na innych), a dwa... - Żadnych badań - dodała zaraz, tonem sugerującym, że jeśli ktoś się zaraz odważy ją choćby dotknąć, to zaraz straci rękę.
Szczegół, że była na to wciąż za słaba.
Przynajmniej nie robiła awantury o te machnięcia różdżką - być może dlatego, że przypadły one na moment, kiedy nie oglądała świata?
Ale tak, nie znała Bulstrode na tyle, żeby mogła jej bezwarunkowo w tej chwili zaufać. Ani innych uzdrowicieli, którzy się tu kręcili. Początkowo, oczywiście, nie szło zapobiec w żaden sposób badaniom, jakim została poddana, bo ciężko to robić, kiedy było się nieświadomym niczego bądź też poruszenie choćby małym palcem zdawało się być nadludzkim wysiłkiem.
Ale czas mijał. Czuła się trochę lepiej.
I mogła zacząć szczerzyć kły.
Bo cokolwiek się z nią stało - nie chciała, aby ktoś, komu nie ufała w najmniejszy choćby sposób, miał możliwość zapoznania się z naturą tego czegoś. Zbyt niebezpieczne czasy, niepewność, dokąd trafi ta wiedza i tak dalej, i tak dalej - to nawet nie musiało być w pełni racjonalne, wystarczyło, że po prostu nie chciała i wolała lizać swoje rany w odosobnieniu. Nie tu, gdzie dosłownie wszystko było słychać; wystarczyło tylko nadstawić uszu.
- Jakby już nigdy nie miało byc ciepło - mruknęła po chwili, odpowiadając Victorii. Tak. Zimno. Cholernie zimno. A koc nie pomagał ani trochę; równie dobrze mogłaby go nie mieć i - jak podejrzewała - nie zauważyłaby różnicy.
Insza inszość, że koniec końców efekt będzie zgoła odwrotny - przecież jej przez myśl nawet nie przejdzie zgięcie karku i wypowiadanie się o nim w ten sam sposób, co śmierciożercy; ba, każdą klątwę dało się prędzej czy później złamać (i cokolwiek to było - nie dopuszczała do siebie, póki co, możliwości, że być może będzie musiała się użerać z tym jakże niechcianym prezentem do końca życia), a wtedy... Tak. Wtedy pokaże. W ten czy inny sposób.
W każdym razie, niemoc jak na razie prowadziła do podziwiania wirującego i rozmazanego sufitu, aż miała tego dość i po prostu zamknęła oczy licząc na to, że po chwili, kiedy ponownie je otworzy, wszystko się względnie unormuje. Względnie, bo do pełnej normalności to miała bardzo, bardzo daleko, czego była boleśnie świadoma.
- Sowa - odparła za Patricka. Tak. Pytanie nie było raczej do niej skierowane, ale raz że miała świadomość, iż jeśli Patrick potrzebuje sowy tu i teraz, to w zasadzie nie powinno to czekać (no dobrze. Może jednak powinno. Chociażby do momentu, w którym przestanie być słaby jak nowonarodzony szczeniak, co nie może się na łapkach utrzymać; bo tylko tego brakuje, żeby w kwestii ważnej korespondencji zdawać się na innych), a dwa... - Żadnych badań - dodała zaraz, tonem sugerującym, że jeśli ktoś się zaraz odważy ją choćby dotknąć, to zaraz straci rękę.
Szczegół, że była na to wciąż za słaba.
Przynajmniej nie robiła awantury o te machnięcia różdżką - być może dlatego, że przypadły one na moment, kiedy nie oglądała świata?
Ale tak, nie znała Bulstrode na tyle, żeby mogła jej bezwarunkowo w tej chwili zaufać. Ani innych uzdrowicieli, którzy się tu kręcili. Początkowo, oczywiście, nie szło zapobiec w żaden sposób badaniom, jakim została poddana, bo ciężko to robić, kiedy było się nieświadomym niczego bądź też poruszenie choćby małym palcem zdawało się być nadludzkim wysiłkiem.
Ale czas mijał. Czuła się trochę lepiej.
I mogła zacząć szczerzyć kły.
Bo cokolwiek się z nią stało - nie chciała, aby ktoś, komu nie ufała w najmniejszy choćby sposób, miał możliwość zapoznania się z naturą tego czegoś. Zbyt niebezpieczne czasy, niepewność, dokąd trafi ta wiedza i tak dalej, i tak dalej - to nawet nie musiało być w pełni racjonalne, wystarczyło, że po prostu nie chciała i wolała lizać swoje rany w odosobnieniu. Nie tu, gdzie dosłownie wszystko było słychać; wystarczyło tylko nadstawić uszu.
- Jakby już nigdy nie miało byc ciepło - mruknęła po chwili, odpowiadając Victorii. Tak. Zimno. Cholernie zimno. A koc nie pomagał ani trochę; równie dobrze mogłaby go nie mieć i - jak podejrzewała - nie zauważyłaby różnicy.