Nie, wróżę z muszli klozetowej, pomyślał, pozostawiając pierwsze pytanie Yaxley bez jasnej odpowiedzi.
— Uprzedzę tylko twoje następne pytanie. Nie jestem w ciąży, Geraldine — wystękał Erik, wyraźnie akcentując imię gryfonki. — Przeżarłem się przed wyjściem z zamku.
Przetarł dłonią załzawione oczy z dezaprobatą, zauważając przy okazji w odbiciu, że ma lekko zaczerwienione oczy. Ugh, musiał się jakoś doprowadzić do porządku. Może uda mu się wcisnąć paręnaście minut dla siebie pomiędzy tym wypracowaniem na trzy zwoje pergaminu z Zielarstwa, a opracowaniem ostatniego tematu z Eliksirów?
— To przez ten trening — mruknął bez przekonania, ponownie obmywając sobie twarz wodą. Nie chciał dopuszczać do siebie myśli, że jego ciało mogło po prostu słabo znosić tempo życia, które sobie ostatnio narzucił. To nie był jego problem. Musiało jakoś przetrwać. — Rano nie zdążyłem na śniadanie, więc przy obiedzie się obżarłem, a potem lataliśmy te kółka na stadionie, to w jedną to w drugą stronę... I jeszcze te przerzutki w locie.
Przez chwilę żywo gestykulował, jakby chciał w ten sposób pokazać trasę, jaka pokonała jego miotła. Szybko jednak opuścił dłoń, aby zacisnąć ją na krawędzi umywalki. Na samo wspomnienie tych powietrznych figur akrobatycznych zrobiło mu się słabo.
Dzięki Merlinowi, że jestem za wysoki na szukającego, pomyślał słabo, szczerze wątpiąc w to, aby udało mu się utrzymać zawartość żołądka, gdyby na treningu musiał ganiać za złotym zniczem. Ugh, zdecydowanie nie zazdrościł graczowi grającemu na tej pozycji.
— Wszystko jest w porządku — rzucił, starając się wykrzesać z siebie trochę entuzjazmu i pozytywnego podejścia. — Po prostu mam gorsze dni i trochę za dużo na głowie. Jak każdy.
Gdyby te słowa padły z ust kogokolwiek innego, zapewne zabrzmiałyby dosyć przekonywająco. Wymawiał je jednak Erik, więc powinno to od razu wzbudzić podejrzenia. Mowa była w końcu o osobie, która w towarzystwie uchodziła za idealną, nieznoszącą bylejakości i wymagającej od innych, aby starali się dotrzymywać mu kroku w drodze ku perfekcji. Obniżenie własnych standardów i to na głos nie było w jego stylu. Longbottom podniósł wzrok na Martę.
— Wybacz wtargnięcie — wymamrotał, odgarniając włosy na bok.— Sytuacja awaryjna.
Duch nastolatki nawet na niego nie spojrzał, zamiast tego wbijając świdrujący wzrok w pannę Yaxley. Najwidoczniej nie spodobało jej się, że inna dziewczyna weszła do jej łazienki i jeszcze rzuca w jej stronę obcesowymi komentarzami.
— Oooooczywiście! — zaczęła zawodzić Marta. Erik skrzywił się na dźwięk jej głosu. — Głupia, brzydka Marta! Umarła w łazience, a teraz nawet nie może popatrzeć na swoich gości! Może powinna od razu schować się w rurze odpływowej, co?
Zjawa zaczerpnęła tchu i ponownie wydała z siebie donośny jęk. Mogłaby konkurować z Grubą Damą, pomyślał Longbottom, masując swoje skronie. Miał takie ponure wrażenie, że gdyby ta dwójka postanowiła kiedyś zetrzeć się ze sobą i porównać swoje "niebiańskie" głosy, to mogłoby pęknąć coś więcej niż tylko szklanka na jednym z obrazów w okolicy siódmego piętra.
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞