Vincent żył trochę w bańce, którą sobie stworzył. Oczywiście, wiedział że Voldemort zieje nienawiścią w stosunku do pewnych grup ludzi, do których akurat zaliczał się on oraz jego bliscy, jednak wcześnie naiwnie myślał, że problem nie dotyczy go w tak dużym stopniu. Skupiał się na swojej pracy, nie zwracał na siebie większej uwagi. Dlaczego więc ktoś o tak wielkiej potędze (przynajmniej w jego mniemaniu) jak Voldemort miałby przejmować się przeciętnym badaczem smoków? To, co wydarzyło się na Sabacie dało mu do zrozumienia, że nikt nie jest bezpieczny.
Bez większego problemu nadążał za Yaxley. To znaczy, taką przynajmniej miał nadzieję. To mały krok dla człowieka, ale dla Vincenta normalny. Szczęśliwie, miał bardzo dobrą kondycję, dlatego mimo szybszego nieznacznie kroku, nie oddychał szybciej lub ciężej. W ostateczności mógł przemienić się w animaga i wskoczyć jej na ramię, choć wiedziałby, że wtedy nie da mu o tym zapomnieć do końca życia.
- Obawiam się, że rozdzielający zadania nie będą mieli zbyt dużego wyboru - odezwał się. - Widziałaś na pewno, jacy ludzie zgłaszali się na ochotników. Wiem, że nie powinienem oceniać, bo to duża odwaga chcieć wyruszyć w tak niebezpieczną okolicę powinniśmy doceniać każdą chęć pomocy, ale... - urwał, gdy w zasięgu wzroku dostrzegł nerwowo poruszającą się sylwetkę. Dla swojej pewności złapał za różdżkę, nie będąc pewnym, jakie zamiary będzie miała wobec nich tajemnicza postać. Szybko okazało się, że zagrożenie można było porównać do małego pieska ratlerka. Głośne, rozszczekane, ale wystarczy pogrozić mu palcem, by zamknęło jadaczkę.
Gerry bez problemu złapała dzieciaka za fraki... to znaczy rękaw. Za fraki złapał go Vinc, gdy ten został już unieruchomiony przez Yaxley.
- Czy ty zamieniłeś głowę z dupą, że wpadasz na takie gówniane pomysły, jak odwiedzanie lasu po tym, do odjebało się na sabacie?- zapytał wprost, dosyć rynsztokowym językiem. Zirytował się. Dzieciak najwyraźniej nie zdawał sobie sprawy, w jak wielkim zagrożeniu mógł być. - Wiesz, że aurorzy, wolotariusze, bumowcy, kurwa wszyscy, wypruwają sobie żyły i narażają własne zdrowie i życie, żeby oczyścić las z zagrożenia, a Ty urządzasz sobie wycieczki krajoznawcze? Jesteś świadomy tego, jakie masz szczęście, że trafiłeś na nas, a nie na zamaskowanych, rządnych krwi śmierciożerców, którzy na Beltane urządzili sobie krwawą masakrę i dalej im mało? - wyrzucił z siebie. Wskazał na Yaxley. - Wiesz kto to jest? Czy muszę Cię przedstawiać? Albo obiecasz, że posłusznie wskoczysz na miotłę i odlecisz ku wchodzącemu słońcu do szkoły, albo inaczej będziemy z Tobą gadać. A upolowanie takiego niewinnego dzieciaczka to pikuś w porównaniu z tym, kogo zdarzało nam się tropić - nie uważał, by zbłąkany dzieciak był godny do angażowania w to aurorów.