Młody detektyw nie miał nic przeciwko przebywaniu wśród ludzi o różnych sposobach bycia. Każdy miał inny temperament, więc nie widział powodu, aby winić kogoś za to, że jest zbyt cichy lub zbyt rozgadany. W większości przypadków, ale tak to już było, że w każdej grupie można było znaleźć kogoś o skrajnych zachowaniach.
On sam, jeśli znajdował się w komfortowych warunkach, potrafił gadać jak najęty, jednak bywały też chwile, gdy siedział cicho, jak mysz pod miotłą, starając się udawać, że nie istnieje. Przy niektórych osobach najlepiej nie było zwracać na siebie zbędnej uwagi, bo można było oberwać rykoszetem.
— Cóż, w takim razie nie ma problemu. Zostawię stosowną informację innym detektywom ze zmiany — zapowiedział, nie widząc w tym jakiegoś dużego problemu. Poza tym lepiej, żeby inni pracownicy też wiedzieli o potencjalnej asyście, jaką mogli uzyskać.
Ruszył za kobietą. Spacer w stronę ministerialnych archiwów nie okazał się jakimś wielkim torem przeszkód. Tu i ówdzie minęli się z paroma czarodziejami i czarownicami, ale nie trafili na wielkie tłumy czy kolejki. Sufit nigdzie nie przeciekał, nie było też śladu po efektach ubocznych jakichś zaklęć, z których mogli korzystać ich współpracownicy. Wszystko było idealnie. Do czasu.
Parsknął z niedowierzaniem na widok jednego z pracowników Ministerstwa Magii, który tak po prostu zignorował wezwanie Ashling. Wprawdzie krzyczenie przez pół korytarza nie było najbardziej eleganckim sposobem na zwrócenie na siebie uwagi, ale za to dość skutecznym, więc nie mógł jej winić za takie postępowanie. Tylko czemu ta osoba zareagowała w taki sposób?
Lenistwo? Strach? Przez moment przeszło mu przez myśl, że mają do czynienia z nowym pracownikiem lub praktykantem, który boi się stanąć oko w oko ze stałymi pracownikami departamentu. Tylko że jawna ucieczka przed detektywem i aurorem w niczym nie mogła mu pomóc. Przecież i tak będzie musiał wrócić i się z nimi zmierzyć albo oni przyjdą do niego.
— To było dziwne — skomentował od niechcenia, chociaż musiał przyznać, że ta nietypowa sytuacja wzbudziła jego ciekawość. — Któreś z nas musi budzić spory popłoch w tych biurach. Ewentualnie ktoś naprawdę nie miał ochoty przychodzić dziś do pracy i unika obowiązków.
Kontynuował drogę u boku jasnowłosą czarownicy, dopóki nie doszli do zatrzaśniętych drzwi. W przypływie nadziei oraz kierowany przeświadczeniem, że nikt nie jest na tyle naiwny, aby uznać, że sobie po prostu stąd pójdą, nacisnął na klamkę i pociągnął. Spotkał się z jednak oporem. Pokręcił głową z dezaprobatą. Nawet jego chrześnica nie zachowywała się w ten sposób, a miała już zawrotne siedem lat. Zerknął kątem oka na pannę Greyback.
— Pracuję tutaj od dobrych paru lat, ale to jest coś nowego — stwierdził. — Chcesz spróbować naszemu zbiegowi do rozsądku? — Podniósł głos na słowo „zbieg”. Tak, oczywiście, że chciał być usłyszany przez osobę, która postanowiła szukać schronienia w archiwum. Przecież to było dziecinne!
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞