Figg po prostu nie znosiła być czyimś problemem. Nauczona doświadczeniem, wiedziała, że najlepiej będzie, gdy sama się sobą zajmie. Jakoś się wyliże, jak zawsze. Nie do końca jej pasowało angażowanie wszystkich wokół w swoje problemy. Wolała zacisnąć zęby i udawać, że jest w porządku, że nic jej nie jest i jakoś panuje nad tym wszystkim, co działo się wokół niej. Ostatnio jednak było ciężko. Brała na siebie sporo. Otworzyła cukiernię, przeprowadziła się do Londynu, do tego wspierała Zakon Feniksa swoimi umiejętnościami, a no i samotnie wychowywała córkę, co też zajmowało trochę czasu. Zaczynało brakować jej doby na te wszystkie zajęcia. Zapewne jeszcze chwila minie nim zrozumie, że proszenie o pomoc to wcale nie jest oznaka słabości.
Oparła ciężar swojego ciała na Avelinie. Na całe szczęście była bardzo drobna, bo sama Paxton również nie należała do tych lepiej zbudowanych, trochę jakby dwa krasnoludki próbowały sobie pomóc... - Miałam szczęście, spadłaś mi tutaj z nieba. - Rzekła z uśmiechem, bo uważała, że los faktycznie jej dzisiaj sprzyjał mimo tych wcześniejszych niepowodzeń.
- Napiszę do Brenny, tylko wieczorem, żeby jej niepotrzebnie nie ściągać teraz w to miejsce. - Faktycznie dobrze by było, żeby wiedziała co się wydarzyło. - Jeśli masz czas i chęć to zapraszam, płacę pączkami, czy innymi słodkościami. - Powoli zaczęły zmierzać w kierunku cukierni, dla postronnych zapewne wyglądały bardzo zabawnie.