05.07.2023, 16:38 ✶
Obecność młodego Rookwooda w tym miejscu mogłaby zaskakiwać. I najlepiej oddawałoby ją słowo: ucieczka. Ucieczka od tego, co się stało na Beltane. Ucieczka od ojca i potencjalnych zaręczyn z jakąś równie mu przychylną czarownicą jak on jej. Ucieczka od pracy w Ministerstwie Magii. Ucieczka, tchórzliwa i wstrętna, od pogrążonej w żałobie Danielle. Wreszcie ucieczka od samego siebie i rzucenie się ku niespełnionemu marzeniu z dzieciństwa.
Ale tak naprawdę, jakakolwiek chwilowa ucieczka była możliwa tylko dlatego, że Ulysses mógł znaleźć sobie oficjalną przyczynę wizyty w tym miejscu (i tak, tak Cathal jej nie potrzebował by go tu przyjąć, Leta jej nie potrzebowała, by znosić jego obecność, ale on sam i owszem). Jeśli więc nawet Finneas Wellington przez większą część czasu był zawistnikiem (a czasem również zawistnikiem, morderczym wariatem) to teraz, dzięki niemu, młody Rookwood szedł razem z resztą towarzystwa i wsłuchiwał się w toczącą się przy nim rozmowę.
Tym razem wcale nie mierzył się wzrokiem z trawą, chwastami i wyrastającymi z ziemi kamieniami, ale rozglądał z zainteresowaniem po wykopaliskach. Dla niego pięć procent było informacją dotyczącą większej całości, w głowie obliczał sobie, jak duża musiała być więc cała osada i ile jeszcze mogło być ukryte pod ziemią. Zastanawiał się również nad tym, czemu o czarodziejskiej wiosce nie pozostały żadne wzmianki i co to właściwie mogło tak naprawdę oznaczać. Klątwa? Zaraza? Zrobili coś na tyle złego, by informacje o nich miały zostać starte z kart historii? Coś jeszcze innego?
Podobnie do Sebastiana, zwrócił uwagę na przelatującego ducha. Zmarszczył brwi i obserwował półprzezroczystą postać tak długo, aż zniknęła im z oczu.
Milczał. Ale milczenie w wykonaniu Ulyssesa nie było niczym szczególnym. Rzadko mówił wiele w towarzystwie, a tu większości ani nie znał, ani nawet nie wiedział, co miałby powiedzieć.
Ale tak naprawdę, jakakolwiek chwilowa ucieczka była możliwa tylko dlatego, że Ulysses mógł znaleźć sobie oficjalną przyczynę wizyty w tym miejscu (i tak, tak Cathal jej nie potrzebował by go tu przyjąć, Leta jej nie potrzebowała, by znosić jego obecność, ale on sam i owszem). Jeśli więc nawet Finneas Wellington przez większą część czasu był zawistnikiem (a czasem również zawistnikiem, morderczym wariatem) to teraz, dzięki niemu, młody Rookwood szedł razem z resztą towarzystwa i wsłuchiwał się w toczącą się przy nim rozmowę.
Tym razem wcale nie mierzył się wzrokiem z trawą, chwastami i wyrastającymi z ziemi kamieniami, ale rozglądał z zainteresowaniem po wykopaliskach. Dla niego pięć procent było informacją dotyczącą większej całości, w głowie obliczał sobie, jak duża musiała być więc cała osada i ile jeszcze mogło być ukryte pod ziemią. Zastanawiał się również nad tym, czemu o czarodziejskiej wiosce nie pozostały żadne wzmianki i co to właściwie mogło tak naprawdę oznaczać. Klątwa? Zaraza? Zrobili coś na tyle złego, by informacje o nich miały zostać starte z kart historii? Coś jeszcze innego?
Podobnie do Sebastiana, zwrócił uwagę na przelatującego ducha. Zmarszczył brwi i obserwował półprzezroczystą postać tak długo, aż zniknęła im z oczu.
Milczał. Ale milczenie w wykonaniu Ulyssesa nie było niczym szczególnym. Rzadko mówił wiele w towarzystwie, a tu większości ani nie znał, ani nawet nie wiedział, co miałby powiedzieć.