05.07.2023, 20:37 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.07.2023, 20:40 przez Brenna Longbottom.)
- Wiem. Ale powinnaś pamiętać o jednym. Winny jest przede wszystkim Voldemort – powiedziała Brenna spokojnie, jakby nie obwiniała sama siebie, i nie była też wściekła na Minister Magii, za jej nadmierną opieszałość i brak zdecydowanych działań.
A potem, kiedy Mavelle wróciła ze swojej podróży w cudze spojrzenia, Brenna pozwoliła się jej wycofać, puścić swoje ręce. Obserwowała jednak kuzynkę uważnie, bo to był drugi raz w ciągu dwóch dni, gdy spotkało ją coś takiego.
Umarli i wrócili do życia.
Słyszała taką opinię, powtarzaną półgłosem. Odrzuciła ją, bo przecież byli żywi, oddychali, nie stali się ghulami, nie łaknęli krwi. Nie dopuszczała do siebie myśli o tym, że są umarłymi. To zimno było po prostu śladem, piętnem, jakie odcisnęło na nich przejście przez ogień. Ale może… może tam stało się coś jeszcze…
– Tak, chyba tak – przyznała w końcu cicho, jakby słowa Mavelle w tej sytuacji, gdy stały tutaj, rozmawiając o czymś zupełnie innym, nie były dziwne. Brenna faktycznie umiała i lubiła stawiać na swoim. Mogło się wydawać inaczej, bo zwykle przynajmniej próbowała nie narzucać niczego innym, szanować swoje decyzje. Ale była uparta, czasem umiała pchnąć kogoś w tę stronę, w którą chciała go posłać, a pewnych rzeczy nie umiała zaakceptować. Swoje robił jej charakter, wola twarda jak stal, swoje wychowanie w bogatej rodzinie: bo jeżeli nie potrafiła sobie z czymś poradzić, mogła rzucać w problem pieniędzmi, póki nie znalazła kogoś, kto z nim pomoże.
– Mav, to nie tylko zimno, prawda? – spytała w końcu, nie odrywając uważnego wzroku od kuzynki. Nie miała dość danych, aby domyślić się, co widziała Mavelle, przynajmniej jeszcze nie, ale wiedziała, że coś się stało. Przed chwilą Bones nie patrzyła na nią, a... gdzieś indziej.
Tymczasem kawałek od nich – na tyle daleko, że nie byli jeszcze w zasięgu głosu – z lasu wyszli wysoki mężczyzna w mundurze Brygadzisty i drugi człowiek, już siwy, ale wciąż poruszający się energicznie. Jeremiah Longbottom oraz Godryk Longbottom, syn i ojciec, którzy wspólnie przeszukiwali Knieję. W poszukiwaniu ocalałych, trupów… oraz własnego krewnego. Na ich widok serce Brenny ścisnęło się boleśnie, bo wiedziała, że dla nich to jest znacznie trudniejsze niż dla nich obu.
Mężczyźni rozmawiali przez chwilę z innymi Brygadzistami. A potem dziadek skręcił, odchodząc gdzieś z jednym Brygadzistą, z kolei ojciec Brenny ruszył w stronę córki oraz siostrzenicy.
A potem, kiedy Mavelle wróciła ze swojej podróży w cudze spojrzenia, Brenna pozwoliła się jej wycofać, puścić swoje ręce. Obserwowała jednak kuzynkę uważnie, bo to był drugi raz w ciągu dwóch dni, gdy spotkało ją coś takiego.
Umarli i wrócili do życia.
Słyszała taką opinię, powtarzaną półgłosem. Odrzuciła ją, bo przecież byli żywi, oddychali, nie stali się ghulami, nie łaknęli krwi. Nie dopuszczała do siebie myśli o tym, że są umarłymi. To zimno było po prostu śladem, piętnem, jakie odcisnęło na nich przejście przez ogień. Ale może… może tam stało się coś jeszcze…
– Tak, chyba tak – przyznała w końcu cicho, jakby słowa Mavelle w tej sytuacji, gdy stały tutaj, rozmawiając o czymś zupełnie innym, nie były dziwne. Brenna faktycznie umiała i lubiła stawiać na swoim. Mogło się wydawać inaczej, bo zwykle przynajmniej próbowała nie narzucać niczego innym, szanować swoje decyzje. Ale była uparta, czasem umiała pchnąć kogoś w tę stronę, w którą chciała go posłać, a pewnych rzeczy nie umiała zaakceptować. Swoje robił jej charakter, wola twarda jak stal, swoje wychowanie w bogatej rodzinie: bo jeżeli nie potrafiła sobie z czymś poradzić, mogła rzucać w problem pieniędzmi, póki nie znalazła kogoś, kto z nim pomoże.
– Mav, to nie tylko zimno, prawda? – spytała w końcu, nie odrywając uważnego wzroku od kuzynki. Nie miała dość danych, aby domyślić się, co widziała Mavelle, przynajmniej jeszcze nie, ale wiedziała, że coś się stało. Przed chwilą Bones nie patrzyła na nią, a... gdzieś indziej.
Tymczasem kawałek od nich – na tyle daleko, że nie byli jeszcze w zasięgu głosu – z lasu wyszli wysoki mężczyzna w mundurze Brygadzisty i drugi człowiek, już siwy, ale wciąż poruszający się energicznie. Jeremiah Longbottom oraz Godryk Longbottom, syn i ojciec, którzy wspólnie przeszukiwali Knieję. W poszukiwaniu ocalałych, trupów… oraz własnego krewnego. Na ich widok serce Brenny ścisnęło się boleśnie, bo wiedziała, że dla nich to jest znacznie trudniejsze niż dla nich obu.
Mężczyźni rozmawiali przez chwilę z innymi Brygadzistami. A potem dziadek skręcił, odchodząc gdzieś z jednym Brygadzistą, z kolei ojciec Brenny ruszył w stronę córki oraz siostrzenicy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.