05.07.2023, 22:42 ✶
– Nie mam pojęcia, dlaczego tak sądziłaś, przecież ja zawsze staram się zachować zdrowy balans pomiędzy pracą, a życiem prywatnym – odparła Brenna nie mrugnąwszy nawet przy tym okiem, jakby wcale nie była wczoraj w pracy od dziesiątej rano do drugiej w nocy, a dzisiaj nie zrobiła dziesięciu zamiast ośmiu przewidzianych w grafiku godzin. (Po prawdzie zwykle nawet ona uznałaby to za niezdrowe. Ale teraz… teraz sytuacja była trochę inna.
Przypatrywała się Victorii przez moment, jakby starała się ocenić jej samopoczucie. Sama „przypadłość”, która bez wątpienia wzbudzała zainteresowanie dziesiątek, jeżeli nie setek czarodziejów w Anglii, ją niezbyt ciekawiła. Brenna mieszkała w końcu z jedną z „Zimnych” drzwi w drzwi, dobrze znała Patricka i o tym, co wydarzyło się w limbo i na polanie, co nieco wiedziała.
I też próbowała znaleźć odpowiedź, chociaż ze względu na ostatni wydarzenia, nie mogła poświęcić na to na tyle czasu, ile by chciała.
– Byłam u Sproutów, wywiało nam wszystkie zapasy ziół, a lepiej mieć coś w domowej apteczce. Wasz dom nie ucierpiał podczas wichury? Nam zerwało pół dachu z dawnego domku ogrodnika. I połamało jedno drzewo w sadzie. Jestem za to na Voldemorta bardzo wściekła, bo lubiłam to drzewo – oświadczyła Brenna, choć po głowie chodziły jej zupełnie inne pytania. Jak się czujesz? Czy wszystko w porządku? Mogę jakość pomóc? Ale z jakichś powodów zdawały się jej jakby niewłaściwe. Nie umiałaby nawet powiedzieć dlaczego tak myślała. Może bo potraktowałaby wtedy Victorię inaczej niż zwykle…? Może bo spodziewała się, że już Lestrange usłyszała je dostatecznie wiele razy?
Albo wiedziała, że choćby nie wiadomo, jak chciała, nie mogłaby pomóc? Że pewnie nie byłaby tą osobą, której Victoria chciałby w ogóle odpowiedzieć?
Stety lub niestety – nie było im dane pogawędzić w spokoju.
Victoria, patrząca ku Kniei, mogła dostrzec mężczyznę, który stamtąd wybiegł. Sekundę później Brenna także wychwyciła ruch. W ostatniej chwili zatrzymała dłoń, już wędrującą w stronę różdżki. Żaden potwór, żadne dziwne stworzenie, żaden śmierciożerca. Spanikowany człowiek, który wypadł z lasu, niemal na pewno był mugolem. Ewentualnie czarodziejem, który potrafił wtopić się w tłum. Zdawało się, że ruszy pędem w stronę wioski, ale dostrzegł je i zmienił kierunek biegu. Zatrzymał się jakieś dwa metry od nich i opadł na trawę, z trudem chwytając oddech.
– P…potwory – wydusił z siebie, a Brenna poczuła, jakby krew zmroziło jej w żyłach.
– Jakie potwory, panie Collins? – spytała, pochylając się ku niemu, bo rozpoznała jednego z bywalców pubu w Dolinie Godryka. Rzeczywiście mugola.
– Zębate… w…wielkie! Nie widziałem ich dokładnie… Toby uciekł w drugą stronę – jęknął. – Pobiegniecie dzwonić na posterunek? Ja… nie mam siły…
– Gdzie pan widział te potwory?
– Tutaj… nad rzeką… Zaatakowały nas nad wodą… ledwo pięć minut stąd!
Brenna namyślała się przez chwilę, po czym szybkim ruchem wyciągnęła różdżkę. Confundus trafił mugola, a ona uspokajającym gestem poklepała go po ramieniu.
– To na pewno psy, kręciły się tu w okolicy bezdomne – zapewniła. Nie była to przekonująca wymówka, ale właśnie po to potraktowała go magią. Zębate potwory. Nad rzeką. Zerknęła na Victorię. Pięć minut stąd, do licha! Na tym terenie jeszcze nie zaczynała się ta właściwa Knieja, tutaj chadzali mugole, nawet dzieci… – Pójdę poszukać Tobyego, a pan wróci do domu, dobrze? Proszę nie wchodzić w najbliższym czasie do lasu, kto wie, czy te psy nie są wściekłe…
Przypatrywała się Victorii przez moment, jakby starała się ocenić jej samopoczucie. Sama „przypadłość”, która bez wątpienia wzbudzała zainteresowanie dziesiątek, jeżeli nie setek czarodziejów w Anglii, ją niezbyt ciekawiła. Brenna mieszkała w końcu z jedną z „Zimnych” drzwi w drzwi, dobrze znała Patricka i o tym, co wydarzyło się w limbo i na polanie, co nieco wiedziała.
I też próbowała znaleźć odpowiedź, chociaż ze względu na ostatni wydarzenia, nie mogła poświęcić na to na tyle czasu, ile by chciała.
– Byłam u Sproutów, wywiało nam wszystkie zapasy ziół, a lepiej mieć coś w domowej apteczce. Wasz dom nie ucierpiał podczas wichury? Nam zerwało pół dachu z dawnego domku ogrodnika. I połamało jedno drzewo w sadzie. Jestem za to na Voldemorta bardzo wściekła, bo lubiłam to drzewo – oświadczyła Brenna, choć po głowie chodziły jej zupełnie inne pytania. Jak się czujesz? Czy wszystko w porządku? Mogę jakość pomóc? Ale z jakichś powodów zdawały się jej jakby niewłaściwe. Nie umiałaby nawet powiedzieć dlaczego tak myślała. Może bo potraktowałaby wtedy Victorię inaczej niż zwykle…? Może bo spodziewała się, że już Lestrange usłyszała je dostatecznie wiele razy?
Albo wiedziała, że choćby nie wiadomo, jak chciała, nie mogłaby pomóc? Że pewnie nie byłaby tą osobą, której Victoria chciałby w ogóle odpowiedzieć?
Stety lub niestety – nie było im dane pogawędzić w spokoju.
Victoria, patrząca ku Kniei, mogła dostrzec mężczyznę, który stamtąd wybiegł. Sekundę później Brenna także wychwyciła ruch. W ostatniej chwili zatrzymała dłoń, już wędrującą w stronę różdżki. Żaden potwór, żadne dziwne stworzenie, żaden śmierciożerca. Spanikowany człowiek, który wypadł z lasu, niemal na pewno był mugolem. Ewentualnie czarodziejem, który potrafił wtopić się w tłum. Zdawało się, że ruszy pędem w stronę wioski, ale dostrzegł je i zmienił kierunek biegu. Zatrzymał się jakieś dwa metry od nich i opadł na trawę, z trudem chwytając oddech.
– P…potwory – wydusił z siebie, a Brenna poczuła, jakby krew zmroziło jej w żyłach.
– Jakie potwory, panie Collins? – spytała, pochylając się ku niemu, bo rozpoznała jednego z bywalców pubu w Dolinie Godryka. Rzeczywiście mugola.
– Zębate… w…wielkie! Nie widziałem ich dokładnie… Toby uciekł w drugą stronę – jęknął. – Pobiegniecie dzwonić na posterunek? Ja… nie mam siły…
– Gdzie pan widział te potwory?
– Tutaj… nad rzeką… Zaatakowały nas nad wodą… ledwo pięć minut stąd!
Brenna namyślała się przez chwilę, po czym szybkim ruchem wyciągnęła różdżkę. Confundus trafił mugola, a ona uspokajającym gestem poklepała go po ramieniu.
– To na pewno psy, kręciły się tu w okolicy bezdomne – zapewniła. Nie była to przekonująca wymówka, ale właśnie po to potraktowała go magią. Zębate potwory. Nad rzeką. Zerknęła na Victorię. Pięć minut stąd, do licha! Na tym terenie jeszcze nie zaczynała się ta właściwa Knieja, tutaj chadzali mugole, nawet dzieci… – Pójdę poszukać Tobyego, a pan wróci do domu, dobrze? Proszę nie wchodzić w najbliższym czasie do lasu, kto wie, czy te psy nie są wściekłe…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.