03.11.2022, 03:11 ✶
Ciotka często powtarzała Brennie, że ta źle skończy. I Brenna byłaby nawet w stanie uwierzyć, że są to słowa prorocze, ale nigdy, nawet w najśmielszych snach nie sądziła, że ten "zły koniec" może się stać "końcem poprzez porwanie przez opętane pnącza".
Czy była gotowa? Pewnie nie. Ciężko być gotowym, kiedy masz okazję przekonać się, jak czuły się wiedźmy łamane na kole. Albo przynajmniej los serwuje ci podobne doświadczenia, z miażdżeniem łydki w bonusie. Ale też nie miały większego wyjścia, a Brenna przynajmniej pracując tam, gdzie pracuje, i od lat lubiąc magiczne pojedynki, musiała się nauczyć wyciągać różdżkę zza pazuchy bardzo szybko.
Obcasy trzewików Crawley ryły ziemię, spodnie Brenny na kolanach właśnie zyskiwały dziury - iście pionierska moda... - noga całą kolekcję siniaków. Pnącza zaczęły osiągać swój cel i stopy kobiety zaczęły zagłębiać się we wnęce w pniu. Brenna zaś stawiwszy czoła ogromnemu wyzwaniu, jakim było chwycenie za różdżkę, musiała jeszcze ogarnąć zadanie pod tytułem "obróć ją we właściwą stronę" i wreszcie wisience na torcie: "walnij czarem tak, żeby to coś dało, ale nie urwało ci nogi".
- Lacarnum Inflamari! - jęknęła bardziej niż krzyknęła, nie bawiąc nawet w magię niewerbalną, bo w tych okolicznościach ułatwienie w postaci wypowiedzenia inkantacji mogło być przydatne.
Kilka białych płomyków wydobyło się z różdżki. Jeden padł na trawę, wilgotną na szczęście, więc podpalił ją, ale wywołał nie tyleż pożar, co jego drobne zarzewie. Drugi na spodnie Brenny, które jeszcze nie zajęły się ogniem, ale zaczęły leciutko się nadpalać. Trzeci zaś prosto na pęd oplatający nogę...
...i o dziwo, to wystarczyło: jakby ta odrobina ognia nie tylko parzyła, ale też w jakiś sposób przeraziła pnącze, to nagle puściło nogę Brenny, wycofując się z powrotem do dziury w drzewie. Longbottom zaś podjęła próbę jednoczesnego odczołgania się i ugaszania płonącej odzieży.
- Cholera, cholera, cholera - wyrwało się jej, a zasadniczo klęła zdecydowanie rzadziej niż ciężej. - Dzięki. Za nie pozwolenie mnie porwać przez jakieś nawiedzone rośliny. Jestem twoją dłużniczką. Zabiorę cię do Abottów, choćbym miała któregoś z nich porwać i szantażować, żeby pokazali nam swój sad. Co to w ogóle było?
Nie znała się na zielarstwie na tyle, aby rozpoznać, z czym miały do czynienia. Choć wnioskując po zachowaniu, tym, że atakowało w cieniu, przy wilgotnej pogodzie, ciągnęło do ciemnej dziupli i umknęło na sam widok ognia... mogła to być jakaś odmiana diabelskich sideł.
Czy była gotowa? Pewnie nie. Ciężko być gotowym, kiedy masz okazję przekonać się, jak czuły się wiedźmy łamane na kole. Albo przynajmniej los serwuje ci podobne doświadczenia, z miażdżeniem łydki w bonusie. Ale też nie miały większego wyjścia, a Brenna przynajmniej pracując tam, gdzie pracuje, i od lat lubiąc magiczne pojedynki, musiała się nauczyć wyciągać różdżkę zza pazuchy bardzo szybko.
Obcasy trzewików Crawley ryły ziemię, spodnie Brenny na kolanach właśnie zyskiwały dziury - iście pionierska moda... - noga całą kolekcję siniaków. Pnącza zaczęły osiągać swój cel i stopy kobiety zaczęły zagłębiać się we wnęce w pniu. Brenna zaś stawiwszy czoła ogromnemu wyzwaniu, jakim było chwycenie za różdżkę, musiała jeszcze ogarnąć zadanie pod tytułem "obróć ją we właściwą stronę" i wreszcie wisience na torcie: "walnij czarem tak, żeby to coś dało, ale nie urwało ci nogi".
- Lacarnum Inflamari! - jęknęła bardziej niż krzyknęła, nie bawiąc nawet w magię niewerbalną, bo w tych okolicznościach ułatwienie w postaci wypowiedzenia inkantacji mogło być przydatne.
Kilka białych płomyków wydobyło się z różdżki. Jeden padł na trawę, wilgotną na szczęście, więc podpalił ją, ale wywołał nie tyleż pożar, co jego drobne zarzewie. Drugi na spodnie Brenny, które jeszcze nie zajęły się ogniem, ale zaczęły leciutko się nadpalać. Trzeci zaś prosto na pęd oplatający nogę...
...i o dziwo, to wystarczyło: jakby ta odrobina ognia nie tylko parzyła, ale też w jakiś sposób przeraziła pnącze, to nagle puściło nogę Brenny, wycofując się z powrotem do dziury w drzewie. Longbottom zaś podjęła próbę jednoczesnego odczołgania się i ugaszania płonącej odzieży.
- Cholera, cholera, cholera - wyrwało się jej, a zasadniczo klęła zdecydowanie rzadziej niż ciężej. - Dzięki. Za nie pozwolenie mnie porwać przez jakieś nawiedzone rośliny. Jestem twoją dłużniczką. Zabiorę cię do Abottów, choćbym miała któregoś z nich porwać i szantażować, żeby pokazali nam swój sad. Co to w ogóle było?
Nie znała się na zielarstwie na tyle, aby rozpoznać, z czym miały do czynienia. Choć wnioskując po zachowaniu, tym, że atakowało w cieniu, przy wilgotnej pogodzie, ciągnęło do ciemnej dziupli i umknęło na sam widok ognia... mogła to być jakaś odmiana diabelskich sideł.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.