Vincent łatwo się irytował, zwłaszcza jeżeli chodziło o ludzi i to, jak idiotyczne i nierozsądne decyzje potrafili podejmować. W przypadku zwierząt nie brakowało mu cierpliwości, mógł godzinami wpatrywać się w jeden punkt, oczekując na odpowiedni moment lub obserwując to jedno konkretne magiczne stworzenie. W jego oczach, dzieciak był po prostu idiotą. O'Dwyer również wielokrotnie łamał zasady szkolne i pakował się niebezpieczne sytuacje, więc mógł zrozumieć ciekawość chłopaka oraz to, co skłoniło go by udać się w tak niebezpieczne miejsce, ponieważ gdyby on był w jego wieku... na pewno zrobiłby dokładnie to samo. Z tego właśnie powodu nie zamierzał oddawać go w ręce BUMowców (poza tym zawracać im głowę taką pierdołą? Serio?), a po upewnieniu się, że chłopak wpadnie na tak głupi pomysł, wypuścić go wolno.
Gerry w lot wyłapała o co chodzi Vincentowi i bez żadnego ale dołączyła się do pokazówki. Podniesiony głos, trochę przekleństw, silny i zdecydowany chwyt - tyle powinno wystarczyć, by chłopaka odpowiednio naprostować. Raczej nie zapowiadało się, by musieli użyć siły fizycznej; okładanie nastolatków, nawet w dobrych intencjach odrobinę wykraczało poza jego moralność.
Chłopak odrobinę zaniemówił. Gdy już postanowił się odezwać, jąkał się i plątał w wypowiedzi - oznaczało to nic innego jak to, że osiągnęli oczekiwany efekt. Trzy sekundy jakie dała mu Yaxley w pełni wystarczyły, by wskoczył na miotłę i odleciał w stronę szkoły.- Wróżę mu karierę profesjonalnego zawodnika Quiddicha - zauważył z rozbawieniem, obserwując jak uczeń z prędkością światła znika im z pola widzenia. - Dobra robota, Yaxley. Ze swoją siłą przebicia, ustawiłabyś Raszuraka Pustynnego tak, że byłby posłusznym, wytresowanym zwierzakiem domowym - dodał, wspominając jednego z bardziej agresywnych gatunków smoków, jaki występował na terenach Sahary. - Ale wcale mu się nie dziwię. Wstyd przyznać, ale w jego wieku zrobiłbym dokładnie to samo - dodał, wzruszając lekko ramionami. Wiedział, że Gerry na pewno by mu wtedy towarzyszyła, bo i jej daleko było do kujonki, która znała i stosowała się do regulaminu szkoły. Szli dalej, po uprzednim oznaczeniu wstążeczką, że teren został zbadany, by inna grupa nie traciła sił i czasu na tą okolicę.
Im dalej zapuszczali się w głąb lasu, tym atmosfera stawała się cięższa. Vinnie nawet nie ukrywał, że trzyma różdżkę w pogotowiu, w razie gdyby coś lub ktoś uznał, że ta dwójka nie jest mile widzianymi gośćmi w lesie. Kiedy rozglądał się dookoła, dostrzegł zarys ludzkiego ciała. A konkretnie jednego fragmentu działa, który leżał przysypany ściółką. Zatrzymał się w miejscu, lekkim ruchem podbródka wskazując na znalezisko. Kurwa mać
Vincent raczej nie rozczulał się nad takimi rzeczami. Mimo wszystko, widok poszarpanego, zbeszczeszczonego fragmentu ciała nie należał do przyjemnych. Naszły go krótkie refleksje, choć szybko uciął je, bo las nie był miejscem na rozkojarzenie i zadumę.
- Zabierzmy go. Ktoś pewnie na pewno go szuka- mruknął. - Masz przy sobie coś, do czego możemy go zapakować? - zapytał. Kiedy pakowali ciało, starał się nie myśleć o tym. Makabryczne widoki nie robiły na nim wrażenia, jednak mimo wszystko... to był człowiek. Nie zwierzę, z którymi pracował. Człowiek, który najpewniej posiadał rodzinę, przyjaciół, pracę, dom. Może nawet miał dzieci? Jak się nazywał jego kot? Może lubił podróże, stąd tatuaż-kompas? Później zarzucił worek na plecy (w miarę możliwości ostrożnie) i w towarzystwie blondynki ruszył dalej, nie odzywając się więcej.
!C2