Skinął krótko głową. Nie miał w zwyczaju dbać o punktualność, a już zwłaszcza w życiu codziennym. Cóż to była za różnica, czy wyściubi nos spod kołdry wraz z pierwszym pianiem koguta o poranku, czy po południu, gdy już większość ludzi zbierała się do obiadu? I tak nie czekały na niego żadne obowiązki, którym nie zdołałby sprostać. Punktualność, od której nieznośnie zalatywało gorliwością, nie była im przeznaczona. Arystokracja nie miotała się bezmyślnie z kąta w kąt, a uważnie patrzyła przed siebie i rozważnie stawiała krok za krokiem.
— Jedynym minusem byłaby uwaga, jaką by do mnie przyciągnęła — skomentował przekornie. Black miała jednak trochę racji. Jeśli drogę powrotną spędzi z nosem przyciśniętym do szyby, bo będzie gnieciony przez resztę pasażerów, to chyba czas się upominać o rodzinny środek transportu. — Samo to, że nie zmieniłem dziś wyglądu, to osiągnięcie.
Czuł się w obowiązku zwrócić na to uwagę. Bądź co bądź, nawet podczas nieformalnych wizyt nieco poprawiał swą aparycję. Zadarł podbródek, przez dłuższą chwilę zastanawiając się nad odpowiedzią. Chaos, który obecnie ogarnął Dolinę Godryka, dawał im sporą przewagę, jednak czy ich zaciekłość w tym wypadku wyjdzie im w ogólnym rozrachunku na zdrowie?
— Zadziałali dość... bezpośrednio, nie można im tego odebrać — stwierdził neutralnie. Nie przepadał za wchodzeniem na pierwszy plan, więc może dlatego nie podobał mu się tak ostentacyjny pokaz, jednak rozumiał, co skierowało Śmierciożerców na tę ścieżkę. Czarny Pan najwyraźniej oczekiwał szybkich i bezpośrednich efektów. A takie mogła zapewnić tylko konfrontacja. — Oby Ministerstwo spędziło tu jak najwięcej czasu. Nigdy nie wiadomo, co można znaleźć pośród ruin.
Uśmiechnął się zjadliwie. Niech tu siedzą. Niech szukają. Niech wywrócą całą Knieję Godryka do góry nogami i przekopią cały las. Niech marnują swój czas, gdy lojaliści jedynej słusznej sprawy rośli w siłę. Samo to, jak łatwo grupka zwolenników Czarnego Pana zdominowała Beltane, jawnie świadczyło o tym, jak opieszali byli pracownicy Ministerstwa. Teraz, na pobojowisku, próbowali odrobić swą bierność, jednak czy zda im się to na cokolwiek?
Droga przez głuszę nie była dużym wyzwaniem pod względem fizycznym. Stanowiła raczej sprawdzian spostrzegawczości... Dla tych, którzy chcieli coś znaleźć. Czy ich dwójka pragnęła osiągnąć jakieś konkretne wyniki? Rabastan przede wszystkim chciał zobaczyć na własne oczy, co wyrządzili tutaj ich... współpracownicy. Ewentualnie niesienie pomocy niedobitkom było kwestią drugorzędną. Gdyby tylko nie było tu tak zimno.
— Co masz na myś...
Rabastan zwolnił kroku, aż sam się zatrzymał, czując, że coś jest nie tak. Wbrew jego woli zanurzył się we wspomnieniach, które starał się zostawić za sobą. Niedoszła wybranka serca, której głos zdawał się mu teraz dudnić w uszach. Zrobiło mu się słabo, chociaż miał ochotę podążyć za głosem, zachęcającym go do tego, co by zbliżył się do pobliskiego cienia. Z tego przedziwnego transu wyrwało go dopiero ostrzeżenie Bellatriks.
— W nogi. Jestem tuż za tobą — zarządził, dosłownie chwilę przed tym, jak kobieta zniknęła mu z oczu. Wziął głęboki oddech i rzucił się w tym samym kierunku. Oby szczęście im sprzyjało.
Slaby sukces...