Byli do siebie dosyć podobni. Gerry potrafiła siedzieć w lesie godzinami czekając na okazję, wiedziała, że cierpliwość popłaca. Mimo swojego ognistego temperamentu nie miała problemu z tym, żeby w skupieniu obserwować jedno miejsce. Jeśli zaś chodziło o ludzi, cóż - sprawa miała się zupełnie inaczej. Reagowała szybko, rzadko kiedy myślała nad tym, co powinna zrobić. Wiele razy wpadała przez to w kłopoty, jednak niczego jej to nie nauczyło. Porywczość była jedną z bardziej charakerystycznych dla niej cech charakteru, co wraz z upartością podobną do osła dawało naprawdę niezłą mieszankę wybuchową.
Yaxley rozumiała, że młodość rządzi się swoimi prawami. Sama była kiedyś w tym miejscu. Uwielbiała przekraczać granice, zasady dla niej nie istniały, ciekawość prowadziła w różne miejsca. Nie było więc sensu, żeby ten chłopak miał z tego powodu nieprzyjemności. Musieli go tylko trochę postraszyć, żeby się stąd oddalił, bo mogło być tu naprawdę niebezpiecznie, a szkoda by było, żeby z własnej głupoty coś mu się stało. Niby człowiek uczył się na błędach, ale nikt nie wiedział co do końca skrywa się w lesie.
Całkiem nieźle poszło im straszenie chłopaka. Zresztą gdyby była w jego wieku, pewnie sama wzięłaby na poważnie ich gadanie. Wyglądali na profesjonalistów - przynajmniej na pierwszy rzut oka.
- Nie mogę nie powiedzieć, że nie sprawiło mi przyjemności to jak widziałam, że spieprza stąd w podskokach. Masz rację, nadawałaby się na zawodnika, moglibyśmy stać na boisku i go motywować. - Zaśmiała się w głos, bo naprawdę rozbawiła ją ta sytuacja.
- To nie tylko moja zasługa. Czy ty zamieniłeś głowę z dupą, że wpadasz na takie gówniane pomysły. - Próbowała naśladować O’Dwyera. - Świetne to było. - Naprawdę jej zaimponował tym z jaką lekkością, na poczekaniu zrugał tego młodzieńca. - Czy ja wiem, czy wstyd? Uważam, że ciakwość to dobra cecha, sama zawsze się nią kierowałam. - Skomentowała jeszcze, bo ona sama zapewne zrobiłaby to samo, także bardzo dobrze rozumiała podejście swojego towarzysza.
Zmierzali w głąb Kniei. Powietrze robiło się lepkie i ciężkie, można było wyczuć niepewność. Las był pełen niespodzianek, trudno było stwierdzić, co jeszcze tutaj napotkają. Nie szukali długo. Vince się zatrzymał i pokazał w którą stronę ma spojrzeć, przeniosła wzrok tam gdzie wskazywał. Trup. Właściwie to chyba za dużo powiedziane, bo jedynie jego kawałek. - Nie wszyscy mieli tyle szczęścia, co ten gówniarz. - Podeszła bliżej, aby dokładniej przyjrzeć się znalezisku. Nie wyglądała, jakby zrobiło na niej specjalne wrażenie, bo wiele rzeczy już w swoim krótkim życiu widziała. No, nie był to specjalnie malowniczy widok, ale jakoś sobie z tym poradziła. Zauważyła ten kompas, nie kojarzyła tego tatuażu, więc nie był to ktoś znajomy. Odetchnęła z ulgą. Wiedziała bowiem, że w nocy w lesie był jej brat. Wolałaby nie znaleźć jego ciała.
- Rozdawali worki, w namiocie. - Wyciągnęła jeden zza pazuchy. Zapakowali część mężczyzny do wora i mogli wyruszyć dalej. - Jak będzie ci ciężko, możemy się zmienić. - Dodała jeszcze. Zawiesiła również czerwoną wstążkę na gałęzi, aby inni wiedzieli, że ktoś już tutaj był.
Weszli dalej, jeszcze głębiej w las. Póki mieli siły musieli przeszukać jak największy obszar, kto wie, ile osób potrzebowało jeszcze pomocy. W pewnym momencie otoczenie zrobiło się dziwne. Drzewa jakby rosły zupełnie inaczej niż wszędzie, były powyginane. - Kurwa, co to ma być. - Nie ukrywała zaskoczenia, bo czegos takiego chyba jeszcze nie widziała. - Układają się w okrąg. - Stwierdziła, jak zawsze rezolutna Geraldine, jakby Vince również tego nie widział. Podeszła bliżej jednego z drzew i się przy nim nachyliła. - To są runy, niestety nie uważałam, że mi się kiedyś do czegoś przydadzą i raczej nie bywałam na lekcjach. - Spojrzała na swojego towarzysza i gdy tak na niego patrzyła to czuła, że i on zapewne nie potrafi ich odczytać.