— Gdybym chciał, żeby o mnie mówiono, zmieniłbym kolor włosów na wściekły róż i zaczął chodzić w przebraniu klauna na szczudłach przy Alei Horyzontalnej — odparł z kamienną miną. — Po moim naturalnym blondzie możesz wywnioskować, że mi na tym dziś nie zależy.
Metamorfomagia była jedną z niewielu form izolacji, która była całkowicie poza kontrolą jego rodziny. Bywały dni, gdy zmieniał swój wygląd jedynie w minimalnym stopniu. Chociażby po to, aby zminimalizować skutki nieprzespanej nocy. Czasami jednak pragnął anonimowości, a wtedy przywdziewał nową twarz i nową sylwetkę niczym maskę, która mogła go ochronić przed światem. Jeśli nikt cię nie zna, nie jest w stanie rozpoznać i powiązać z innymi, to tak jakbyś nie istniał. Rabastan uwielbiał uczucie wolności, jakie mu to dawało.
— Czy my – Lestrange'owie – mamy jakieś wyjątkowe oczy? — Uniósł z zaciekawieniem jedną brew, sądząc, że tym komentarzem kobieta nawiązuje do swojej relacji z jego starszym bratem. W końcu byli ze sobą ekhm blisko. — Chyba powinienem się mieć na baczności. Wolałbym, żebyś kiedyś nie przekazała tego triku moim drogim rodzicom.
Bądź co bądź, niezależność była towarem deficytowym. Nawet – a może zwłaszcza – w przypadku szlachetnych rodzin czystej krwi. Wielopokoleniowe familie stanowiły podstawę magicznej społeczności; skupiali wokół siebie zarówno spojrzenia podziwu, jak i zazdrości, ale płacili za to cenę w formie ograniczonego życia prywatnego. Wiele aspektów ich codziennej egzystencji było pod kontrolą nestorów i matron rodzinnych, toteż okazja do wydarcia, chociaż drobnych kęsów swobody była nadzwyczaj nęcąca.
— Będą się bać, jeszcze bardziej niż dotychczas — wytknął zdawkowo.
Może pokaz siły w przededniu lata był czymś, czego Czarny Pan potrzebował? Tchórze będą się chować po kątach lub co rusz spoglądać przez ramię w obawie przed kolejnym atakiem. Rabastan miał tylko nadzieję, że nie wypatrzą niczego, co zniweluje przyszłe plany Śmierciożerców. Biurokraci pewnie już szykują jakieś kontrole, pomyślał przelotnie i aż się skrzywił. Współczuł Bellatriks, że Ministerstwo pewnie nagle zaostrzy swoje zasady. Pewnie na pokaz, bo czy naprawdę byli w stanie cokolwiek wyegzekwować w praktyce?
— Prawie mi żal, że nie zostaliśmy zaproszeni — dodał konspiracyjnym szeptem, uśmiechając się półgębkiem. — Zobaczyć go w pełnej krasie, pośród tych wszystkich ludzi...
Siła i potęga były czymś, co nęciło każdego. Niektórzy pragnęli tych rzeczy, aby zapewnić sobie bezpieczeństwo, inni po prostu, aby je posiadać, a inni, by za ich pomocą wytyczyć nową, lepszą ścieżkę. A gdy do tego doszła jeszcze charyzma, rezultaty mogły być... nadzwyczaj okazałe. Jak się zresztą na własnej skórze przekonali ludzie odwiedzający festyn na Beltane.
Biegł szybko, jakby od tego zależało jego życie i... dobiegł całkiem daleko. Dreptał swojej towarzyszce po piętach i przede wszystkim nie oglądał się za siebie. Wolał nie wiedzieć, co robiło to tałatajstwo, które zostawili daleko za sobą. Czy dalej tkwiło pośród cieni, czy jednak wychyliło łeb, aby zobaczyć, jak uciekają przed nim w popłochu. Zaczerwienił się na samą myśl. Ucieczka? Nie, nie, nie. Taktyczny odwrót, poprawił się w myślach.
— Skąd miałbym wiedzieć? — fuknął Rabastan, przyciskając plecy do pobliskiego dębu. Wziął kilka głębokich oddechów, starając się powstrzymać odruch wymiotny. Nie nastawiał się na to, że będzie musiał biec, nie mówiąc o nagłej ucieczce przed jakimś stopniu. To byłoby tyle, jeśli chodzi o spacerek arystokraty po wiejskich lasach. — Ten chłód... I ten strach... Miałem wrażenie, że wydobywa się ze mnie, a nie ze... — Zaczął machać rękami w powietrzu, wskazując na wszystko dookoła nich. — Ze świata!
Po złapaniu kilku dodatkowych oddechów, para ruszyła głębiej w las, niezbyt wiedząc, czego mogą się spodziewać po przejściu jeszcze kilku metrów w Kniei Godryka...