Z lekko uniesioną brwią wsłuchiwał się opowieść chłopaka, której zrozumienie było nieco utrudnione zważywszy na wadę wymowy oraz zawiłość i niespodziewane zwroty akcji w historii. Być może nawet by się zniecierpliwił, że opowieść zajmuje dwa razy dłużej, niż gdyby opowiadała ją osoba bez wady, jednak tym razem chodziło o Norę. Historia dopiero po chwili zaczynała układać się w jedną, w miarę zrozumiałą całość. Oczywiście, wciąż była dziwna, jednak O'Dwyer zdążył już przywyknąć, że nie wszystko w tym świecie dało się logicznie wytłumaczyć. Mógł jedynie cieszyć się, że ominęły ich wydarzenia z polany i pokazówka Voldemorta, przez którą ucierpieli nie tylko mugolacy, ale wszyscy inni, niezależnie od statusu krwi.
- Jak daleko udało wam się uciec? Jest jakiś cień szansy, że ta wiedźma wyruszyła za wami? - zapytał. Dla pewności trzymał różdżkę w pogotowiu, w razie gdyby okazało się, że ta postanowi zemścić się na dwójce czarodziejów, którzy pomimo swojej drobnej budowy dali radę ją obić i uciec. Jakakolwiek odpowiedź by nie była, to tylko utwierdzało go w przekonaniu, że muszą się stąd ewakuować i to czym prędzej.
Pytanie Nory o wiatr sprawiło, że westchnął, posyłając jej krótkie, przygnębione spojrzenie. Wzruszył lekko ramionami.
- Być może. To, co wydarzyło się na polanie... wiatrowi kompletnie odwaliło. Ciężko tego nie powiązać z tym skurwielem. Być może wcale nie jest taki potężny, a jakiego próbuje uchodzić i nie potrafi sobie poradzić z taką magią - mruknął. O ile nie był świadkiem samych wydarzeń, tak nie sposób było nie dostrzec tego, co wydarzyło się na polanie - pulsująca pod stopami ziemia, leżące na środku masywne drzewa. Miał tylko nadzieję, że Voldemort przeklina i wścieka się w swojej kryjówce, bo jego plan faktycznie się nie powiódł, a nie podskakuje z radości, bo dokonał czegoś, na czym mu zależało.
Zerknął na Camerona, gdy ten zapytał o jego nazwisko. No tak. W tym całym zamieszaniu kompletnie zapomniał się przedstawić
- Vincent O'Dyer, do usług - od niechcenia zasalutował. - Ewentualnie O'Dweyer, w zależności od tego, jak akurat przejęzyczy się Brenna - dodał. W sumie to przestał ją poprawiać po którymś z kolei razie, uznał że to nie ma absolutnie żadnego sensu. Poza tym, on sam nie potrafił zapamiętać nazwisk czystokrwistych rodów i już miał na swoim koncie oburzonego Blacka, którego akurat nazwał Panem Brownem. Nijak dało mu się wyjaśnić, że to zwykła pomyłka, a nie próba obrazy wątpliwej jakości majestatu.
Pewnie odpowiedziałby coś równie głupiego na prowokację Brenny, żeby lepiej go nie podpuszczała bo miał już do czynienia ze smokami, więc jedna rozgadana Shortbuttocks to dla niego bułka z masłem, gdyby nie to, że w okolicy pojawiła się... kura. Kura. Ptak. A może to wiedźma, która akurat zdołała ich dogonić i teraz próbowała zaatakować uciekinierów. Odruchowo uniósł różdżkę gotów rzucić zaklęcie, jednak ta zdążyła przeskoczyć mu na ramię. Zgodnie z sugestią Brenny, rzucił czar mający ujawnić ludzką formę, w razie gdyby był to animag. Nie był.
- To kura - zauważył błyskotliwie. - Może znosi złote jajka? Myślę, że ludzie na polanie będą zachwyceni, gdy zaoferujemy im tak ekskluzywną jajecznicę - zasugerował, sprawnym i szybkim chwytem łapiąc ją w obie dłonie, tak żeby nie uciekła. Z jakiegoś powodu uznał, że podsunięcie jej Cameronowi będzie niezwykle zabawne.
- Trzymaj. To Ciebie wybrała jako pierwszego - dodał.
Zdecydowanie nie chciał zostawiać Brenny samej - choć wiedział, że raczej nie ma szans na kompromis, Rockbottom była niestety upartym stworzeniem. Nie chciał też zostawiać Nory i Camerona, których wolał odstawić pod sam namiot medyków, a gdy upewni się że są we właściwych rękach, zgłosić się jako wolontariusz do przeszukiwania kniei.
- Niech będzie. Ale jeżeli coś Ci się stanie, Shortbuttocks, przyrzekam że nakopię Ci do tyłka - ostrzegł ją. Nieważne, czy do długiego, czy krótkiego.