07.07.2023, 17:57 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.07.2023, 19:29 przez Eden Lestrange.)
Nie pasowała do obrazka, który wymalował się w tej sali szpitalnej. Widziała to na twarzach pozostałych osób, słyszała to w ich tonie głosu, czuła to pod własną skórą. Była zbita z tropu do tego stopnia, że nawet nie odpowiedziała na żadne z przywitań; jedynie pokrótce lustrowała każdą kobietę wzrokiem, dając znać, że słyszy, co się do niej mówi. Z ich perspektywy pewnie malowała się jako osoba nieuprzejma i kompletnie nieprzyjazna, może nawet jako ktoś z kompleksem wyższości, kto nie zniży się do witania się z byle kim. I o ile to wcale nie było dalekie od prawdy, tym razem powód był inny - była zwyczajnie zdezorientowana. Nie nawykła do budowania relacji międzyludzkich na wzajemnym wsparciu i teraz nie wiedziała, jak się zachować, żeby zaprezentować się w dobrym świetle. Nie przygotowała wcześniej w głowie scenariusza tej sceny, więc stała jak kołek i nie robiła nic.
Już wzięła krok do tyłu, odwracając spojrzenie w kierunku ścieżki, jaką miała obrać, by zaszyć się w jakiejś ustronnej części kliniki - o ile taka teraz istniała, biorąc pod uwagę zaistniały ambaras i liczbę poszkodowanych przez Śmierciożerców. Zastygła jednak w ruchu, słysząc, że Alastorowi byłoby bardzo miło, gdyby została. Błyskawicznie odwróciła się z powrotem, dosłownie niczym policyjny pies, który usłyszał komendę, a następnie przestąpiła przez próg sali, wchodząc głębiej do środka. Czy to dowód, że spełniłaby jego każde życzenie, czy może po prostu była emocjonalnym wampirem i nie mogła tam wejść, jeśli wcześniej nie usłyszała zwerbalizowanego zaproszenia?
Zdezorientowany wyraz twarzy Eden zmieniło dopiero przybycie Botta, który potrącił ją w drzwiach, co ją nieco zirytowało. Kusiło, żeby zapytać go dosadnie, czy ma zez rozbieżny, że nie widzi, że ktoś stoi mu na drodze, ale to nie był czas i miejsce na nastręczanie sobie wrogów. Nawet jeśli w oczach Lestrange ten człowiek nie mógłby stanowić najmniejszego zagrożenia, nieważne, jak szczęśliwie ułożyłyby się dla niego gwiazdy. Przyszedł tu wesprzeć Moody’ego, a ona nie miała zamiaru Alka tego wsparcia pozbawiać.
Spodziewała się, że sytuacja w pokoju Idy będzie napięta i mimo pozornego przygotowania się na nieprzewidywalne, nagły wybuch Alastora i tak ją zaskoczył. Daleko było jej do empatki, ale pokłosie zamachu było rzeczą cokolwiek logiczną, więc mniej-więcej wiedziała, czego spodziewać się w obliczu ludzkiej tragedii. Niemniej, liczyła, że będzie zdruzgotany ze zgoła innego powodu. Zmarszczyła brwi w dziwacznej irytacji, słysząc, jak podnosi głos na Danielle. Niespodziewana reakcja wpierw wydała się Eden niebywale irracjonalna, ale im więcej oskarżeń rzucał w kierunku dziewczyny, tym jaśniejsza stawała się sytuacja. Kiedy zacisnął kurczowo palce na swojej koszuli, dosłownie poczuła fantomowy ból, prawie jakby wbił swoje palce w Eden, a nie samego siebie.
Spojrzała na twarz oskarżonej, patrząc na nią w nieodgadniony sposób. Z jednej strony wydawała się zaintrygowana faktem, że najprawdopodobniej ma do czynienia z aurowidzką, a z drugiej w spojrzeniu Lestrange zaszyło się pełne złości wyzwanie. Może i była skołowana zaistniałą sytuacją, ale nie była w ciemię bita; domyśliła się, że teraz Danielle doskonale wie, jaki rodzaj relacji łączy ją z Moodym. Uśmiechnęła się do niej niebywale fałszywie, dając znać, że lepiej, żeby dla własnego dobra zabrała ze sobą tę rewelację do swojego grobu.
- Skoro już jesteś taka zdolna, to z łaski swojej otwórz szerzej to trzecie oko i znajdź linię, która poprowadzi cię za drzwi - odezwała się wreszcie, przemieszczając się z wolna w kierunku krzesła, na którym usiadł Alek, lecz zerkając w stronę Longbottom, by wiedziała, że prośba kierowana jest do niej. - W innym wypadku obawiam się, że trzeba będzie niebawem dostawić tutaj drugie łóżko, specjalnie dla ciebie - wyjaśniła dosadnie, ale zarazem spokojnie, uśmiechając się nawet na sam koniec, prawie, jakby dawała Danielle tę radę z troski i dobrego serca. Naprawdę nie posądzała Moody’ego o podjęcie próby skrzywdzenia którejkolwiek z zebranych tutaj osób, choć doskonale widziała, jak walczył ze sobą, żeby nie wybić dziury w ścianie czy stoliku, ale szczerze powiedziawszy nie miała pojęcia, jak zareaguje, jeśli Ida jednak przegra walkę ze śmiercią. Nie czytała mu w myślach, to prawda, ale za to doskonale słyszała swoje własne - gdyby dowiedziała się, że Alastorowi puściły nerwy z powodu wścibskiej aurowidzki, też z chęcią rozważyłaby wcielenie w życie tej wersji rzeczywistości, w której dziewczyna nie widzi już żadnych kolorów.
Kucnęła przy fotelu, kładąc dłoń na jego kolanie. Istniała szansa, że zareaguje agresywnie na ten gest, ale to nie był pierwszy raz, kiedy pchała ręce w kierunku paszczy rozwścieczonego wilka, by go uspokoić. Dotychczas wszystkie próby zakończyły się happy endem, więc i tym razem liczyła, że kusząc los osiągnie zamierzony cel. Chciała pokazać, że stoi po jego stronie, nawet jeśli graniczy ona z szaleństwem.
Już wzięła krok do tyłu, odwracając spojrzenie w kierunku ścieżki, jaką miała obrać, by zaszyć się w jakiejś ustronnej części kliniki - o ile taka teraz istniała, biorąc pod uwagę zaistniały ambaras i liczbę poszkodowanych przez Śmierciożerców. Zastygła jednak w ruchu, słysząc, że Alastorowi byłoby bardzo miło, gdyby została. Błyskawicznie odwróciła się z powrotem, dosłownie niczym policyjny pies, który usłyszał komendę, a następnie przestąpiła przez próg sali, wchodząc głębiej do środka. Czy to dowód, że spełniłaby jego każde życzenie, czy może po prostu była emocjonalnym wampirem i nie mogła tam wejść, jeśli wcześniej nie usłyszała zwerbalizowanego zaproszenia?
Zdezorientowany wyraz twarzy Eden zmieniło dopiero przybycie Botta, który potrącił ją w drzwiach, co ją nieco zirytowało. Kusiło, żeby zapytać go dosadnie, czy ma zez rozbieżny, że nie widzi, że ktoś stoi mu na drodze, ale to nie był czas i miejsce na nastręczanie sobie wrogów. Nawet jeśli w oczach Lestrange ten człowiek nie mógłby stanowić najmniejszego zagrożenia, nieważne, jak szczęśliwie ułożyłyby się dla niego gwiazdy. Przyszedł tu wesprzeć Moody’ego, a ona nie miała zamiaru Alka tego wsparcia pozbawiać.
Spodziewała się, że sytuacja w pokoju Idy będzie napięta i mimo pozornego przygotowania się na nieprzewidywalne, nagły wybuch Alastora i tak ją zaskoczył. Daleko było jej do empatki, ale pokłosie zamachu było rzeczą cokolwiek logiczną, więc mniej-więcej wiedziała, czego spodziewać się w obliczu ludzkiej tragedii. Niemniej, liczyła, że będzie zdruzgotany ze zgoła innego powodu. Zmarszczyła brwi w dziwacznej irytacji, słysząc, jak podnosi głos na Danielle. Niespodziewana reakcja wpierw wydała się Eden niebywale irracjonalna, ale im więcej oskarżeń rzucał w kierunku dziewczyny, tym jaśniejsza stawała się sytuacja. Kiedy zacisnął kurczowo palce na swojej koszuli, dosłownie poczuła fantomowy ból, prawie jakby wbił swoje palce w Eden, a nie samego siebie.
Spojrzała na twarz oskarżonej, patrząc na nią w nieodgadniony sposób. Z jednej strony wydawała się zaintrygowana faktem, że najprawdopodobniej ma do czynienia z aurowidzką, a z drugiej w spojrzeniu Lestrange zaszyło się pełne złości wyzwanie. Może i była skołowana zaistniałą sytuacją, ale nie była w ciemię bita; domyśliła się, że teraz Danielle doskonale wie, jaki rodzaj relacji łączy ją z Moodym. Uśmiechnęła się do niej niebywale fałszywie, dając znać, że lepiej, żeby dla własnego dobra zabrała ze sobą tę rewelację do swojego grobu.
- Skoro już jesteś taka zdolna, to z łaski swojej otwórz szerzej to trzecie oko i znajdź linię, która poprowadzi cię za drzwi - odezwała się wreszcie, przemieszczając się z wolna w kierunku krzesła, na którym usiadł Alek, lecz zerkając w stronę Longbottom, by wiedziała, że prośba kierowana jest do niej. - W innym wypadku obawiam się, że trzeba będzie niebawem dostawić tutaj drugie łóżko, specjalnie dla ciebie - wyjaśniła dosadnie, ale zarazem spokojnie, uśmiechając się nawet na sam koniec, prawie, jakby dawała Danielle tę radę z troski i dobrego serca. Naprawdę nie posądzała Moody’ego o podjęcie próby skrzywdzenia którejkolwiek z zebranych tutaj osób, choć doskonale widziała, jak walczył ze sobą, żeby nie wybić dziury w ścianie czy stoliku, ale szczerze powiedziawszy nie miała pojęcia, jak zareaguje, jeśli Ida jednak przegra walkę ze śmiercią. Nie czytała mu w myślach, to prawda, ale za to doskonale słyszała swoje własne - gdyby dowiedziała się, że Alastorowi puściły nerwy z powodu wścibskiej aurowidzki, też z chęcią rozważyłaby wcielenie w życie tej wersji rzeczywistości, w której dziewczyna nie widzi już żadnych kolorów.
Kucnęła przy fotelu, kładąc dłoń na jego kolanie. Istniała szansa, że zareaguje agresywnie na ten gest, ale to nie był pierwszy raz, kiedy pchała ręce w kierunku paszczy rozwścieczonego wilka, by go uspokoić. Dotychczas wszystkie próby zakończyły się happy endem, więc i tym razem liczyła, że kusząc los osiągnie zamierzony cel. Chciała pokazać, że stoi po jego stronie, nawet jeśli graniczy ona z szaleństwem.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~