Kiedy Martin wszedł do jadalni nie kryła zadowolenia z jego obecności. Zagniecenia stroju młodego mężczyzny nie uszły jej uwadze; zacisnęła usta w wąską linijkę, chcąc ograniczyć wyrażanie niezadowolenia jak na jeden poranek. Zwłaszcza kiedy nie poruszyła jeszcze najważniejszego tematu. Opuszczając rodzinną rezydencję prezentować miał się nienagannie, lecz na czas śniadania mogła przymknąć na to oko. Uniosła filiżankę do ust, upijając kilka łyków gorącego naparu, którego ciepło rozlało się po przełyku przyjemną słodyczą.
- Wspaniale wręcz - przytaknęła zgodnie z prawdą. Wychylany każdego wieczora kieliszeczek sherry pozwalał na twardy sen, z którego nie sposób było ją wybudzić przed pierwszymi promieniami słońca, jakie zresztą i tak nie docierały do jej sypialni przez grube zasłony.
- Otrzymałam wczoraj sowę od mojej drogiej przyjaciółki, Elisy Longbottom - przeszła wreszcie do interesującego ją clue, z miejsca częstując syna kłamstwem, którego ten z miejsca będzie świadom. Longbottomowie nie byli żadnymi wielkimi przyjaciółmi Crouchów, a sama Elisabeth zwykła wyrażać się o nich mało pochlebnie, w szczególności wytykając im nazbyt dobre serca, co doprowadzało kobietę do obrzydzenia. Nie żeby odrzucała wszystko, co dobre i prawe, to Longbottomowie przechodzili w skrajność, jaką pani Crouch uznawała za zwykłą głupotę. - Zapraszają nas na wiosenny bal charytatywny. Szczytny cel, wszyscy możni w jednym miejscu - to niewątpliwie wspaniała okazja, by pokazać się w towarzystwie - kontynuowała, nadal czujnie obserwując najmłodszego syna, gdy przeżuwając w milczeniu kiełbaskę nie mógł zgłosić sprzeciwu do planu matki. Elisabeth jako stała bywalczyni przyjęć nie odpuszczała żadnej okazji do brylowania i umacniania rodzinnej pozycji wśród najsławniejszych nazwisk. Skora była przekazać pokaźny datek na dowolny cel, zwłaszcza wtedy, gdy miała widnieć na liście darczyńców. - Odbędzie się w trzecią sobotę marca, zapowiedziałam naszą obecność.
Odstawiła filiżankę na spodeczek, czekając na lawinę argumentów Martina, jakim chciałby się wyłgać od uczestnictwa w przyjęciu. Dobrze zdawała sobie sprawę z niechęci, jaką darzy on wszelką chałturę i że woli trzymać się na uboczu. Nosił jednak nazwisko Crouch, a to zobowiązywało do pełnienia wszelkich obowiązków reprezentacyjnych.