08.07.2023, 16:28 ✶
- Ależ ja tylko stwierdzam fakt… - zapewniła Brenna, chociaż zaiste, Victoria znała ją trochę za długo i za dobrze, aby mogła dać się złapać na takie stwierdzenia. – Kupiłam zapas ziół u Sproutów. Moja kuzynka zajmuje się eliksirami, więc damy radę. Większość, które mieliśmy, tata zabrał na polanę.
„Kuzynka” w gruncie rzeczy była bardzo, bardzo daleką kuzynką, a właściwie to nie była nawet żadną krewną. Ale „dalecy krewni” brzmieli trochę lepiej niż „obcy ludzie, których pewnego dnia przyprowadził dziadek Godryk”, zwłaszcza, że od dawna nie byli obcy.
Bardzo starała się nie skrzywić, kiedy to niewypowiedziane „mama musiała zostać w domu” zawisło w powietrzu. Lubienie innych ludzi przychodziło Brennie łatwo. Teraz może trochę trudniej niż w młodości, ale naprawdę o niewielu osobach mogła powiedzieć „nie lubię ich”, a matki Victorii szczerze nie cierpiała. Powstrzymywała się jednak od jakichkolwiek komentarzy, bo po pierwsze, matka Brenny zdołała wbić córce do głowy jakieś tam podstawy czystokrwistej dyplomacji międzyrodzinnej, po drugie… z szacunku wobec samej Lestrange.
Męki komentarza zresztą oszczędziło jej pojawienie się Collinsa.
- Nie mam pojęcia – rzuciła już w drodze, stawiając długie kroki i pośpiesznie zmierzając w stronę lasu, dokładnie tą samą trasą, którą ledwo chwilę temu przemierzył mugol. Nie biegła, nie chcąc zasapać się, zanim dotrą na miejsce i dać szansę Victorii na nadążenie mimo długiej sukni, ale i tak poruszała się bardzo szybko, zwłaszcza, że była wysoka i mogła chodzić w prędkim tempie. Teraz wyraz twarzy miała poważny i w ręku ściskała różdżkę, nie przejmując się tym, że mogą wpaść na mugoli. Victoria miała rację. Blisko terenów zamieszkanych. Za blisko. Co jeżeli dotrze nad jezioro, latem tak bardzo oblegane? Albo nawet jeżeli wylazłoby tutaj, na ścieżkę?
Sporo roboty dla czarodziejskiego pogotowia ratunkowego ze sprzątaniem bałaganu i przede wszystkim, prawdopodobne ofiary.
- Niezbyt znam się na czarodziejskich stworzeniach, ale chyba nic nigdy nie podchodziło tak blisko wioski. Cholera, słyszałam na Polanie różne rzeczy. Niektóre grupy wracały z pogryzionymi kawałkami ciał, ktoś widział jakieś stwory podobne do wilków, ktoś podobno uciekał przed całym stadem jakichś zwierząt… a ja… – zaczęła i zacięła się. Nieważne, co ona. Nie miała pojęcia, czy ciało tamtego chłopca pożarł jakiś potwór, czy porwał wiatr. (Ale duch mówił: umiera dziecko. A wtedy już nie wiało.) – Sądzisz, że przez tę wichurę jakieś zwierzęta mogły przemieścić się na te tereny? Albo… coś… wylazło?
Machnęła ręką, jakby chcąc w ten sposób pokazać, że ciężko jej wyjaśnić, co wylazło i skąd miałoby wyleźć. Ale na polanie ogni pojawiły się przedziwne drzewa. Może to zębate coś, co zobaczył pan Collins, też nie powinno się tu znaleźć.
Weszły między drzewa, depcząc paprocie i mech. Brenna kierowała się w pobliże rzeki: już po dwóch minutach marszu usłyszały jej szum. Żadnych innych dźwięków, świadczących o tym, że w okolicy jest Toby albo jakieś groźne kreatury...
„Kuzynka” w gruncie rzeczy była bardzo, bardzo daleką kuzynką, a właściwie to nie była nawet żadną krewną. Ale „dalecy krewni” brzmieli trochę lepiej niż „obcy ludzie, których pewnego dnia przyprowadził dziadek Godryk”, zwłaszcza, że od dawna nie byli obcy.
Bardzo starała się nie skrzywić, kiedy to niewypowiedziane „mama musiała zostać w domu” zawisło w powietrzu. Lubienie innych ludzi przychodziło Brennie łatwo. Teraz może trochę trudniej niż w młodości, ale naprawdę o niewielu osobach mogła powiedzieć „nie lubię ich”, a matki Victorii szczerze nie cierpiała. Powstrzymywała się jednak od jakichkolwiek komentarzy, bo po pierwsze, matka Brenny zdołała wbić córce do głowy jakieś tam podstawy czystokrwistej dyplomacji międzyrodzinnej, po drugie… z szacunku wobec samej Lestrange.
Męki komentarza zresztą oszczędziło jej pojawienie się Collinsa.
- Nie mam pojęcia – rzuciła już w drodze, stawiając długie kroki i pośpiesznie zmierzając w stronę lasu, dokładnie tą samą trasą, którą ledwo chwilę temu przemierzył mugol. Nie biegła, nie chcąc zasapać się, zanim dotrą na miejsce i dać szansę Victorii na nadążenie mimo długiej sukni, ale i tak poruszała się bardzo szybko, zwłaszcza, że była wysoka i mogła chodzić w prędkim tempie. Teraz wyraz twarzy miała poważny i w ręku ściskała różdżkę, nie przejmując się tym, że mogą wpaść na mugoli. Victoria miała rację. Blisko terenów zamieszkanych. Za blisko. Co jeżeli dotrze nad jezioro, latem tak bardzo oblegane? Albo nawet jeżeli wylazłoby tutaj, na ścieżkę?
Sporo roboty dla czarodziejskiego pogotowia ratunkowego ze sprzątaniem bałaganu i przede wszystkim, prawdopodobne ofiary.
- Niezbyt znam się na czarodziejskich stworzeniach, ale chyba nic nigdy nie podchodziło tak blisko wioski. Cholera, słyszałam na Polanie różne rzeczy. Niektóre grupy wracały z pogryzionymi kawałkami ciał, ktoś widział jakieś stwory podobne do wilków, ktoś podobno uciekał przed całym stadem jakichś zwierząt… a ja… – zaczęła i zacięła się. Nieważne, co ona. Nie miała pojęcia, czy ciało tamtego chłopca pożarł jakiś potwór, czy porwał wiatr. (Ale duch mówił: umiera dziecko. A wtedy już nie wiało.) – Sądzisz, że przez tę wichurę jakieś zwierzęta mogły przemieścić się na te tereny? Albo… coś… wylazło?
Machnęła ręką, jakby chcąc w ten sposób pokazać, że ciężko jej wyjaśnić, co wylazło i skąd miałoby wyleźć. Ale na polanie ogni pojawiły się przedziwne drzewa. Może to zębate coś, co zobaczył pan Collins, też nie powinno się tu znaleźć.
Weszły między drzewa, depcząc paprocie i mech. Brenna kierowała się w pobliże rzeki: już po dwóch minutach marszu usłyszały jej szum. Żadnych innych dźwięków, świadczących o tym, że w okolicy jest Toby albo jakieś groźne kreatury...
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.