08.07.2023, 18:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.07.2023, 19:00 przez Brenna Longbottom.)
Victoria obiecywała sobie, że spędzi więcej czasu na ćwiczeniach, Brennie za to przeszło przez głowę, że powinna zainteresować się magicznymi stworzeniami. Posiadała o nich jakąś tam podstawową wiedzę, z naciskiem na „jakąś” i „podstawową”, a mniej na „wiedzę” – i dlatego kierowała to pytanie do Victorii – ale skoro działy się Takie Rzeczy chyba powinna podciągnąć się w tej dziedzinie.
Nie była tylko pewna, kiedy u licha, zdoła znaleźć na to czas.
– Czyli wiemy tylko, że nie powinno ich tu być. Miejmy nadzieję, że skoro mugol im zwiał, to nie jest jakieś bardzo wielkie, krwiożercze stado – mruknęła Brenna. Nie mogła tego zignorować, chociaż rozsądniej byłoby wezwać pomoc. Wszystko było po prostu za blisko zabudowań, a zwierzęta – o ile to były zwierzęta – mogły zniknąć nim wrócą ze wsparciem. Była wdzięczna, że Victoria zdecydowała się z nią iść.
Brenna zwolniła, kiedy znalazły się w pobliżu rzeki. Sam jej brzeg – dość błotnisty – był jakieś trzy – cztery metry pod nimi, dało się na niego zejść po stromym zboczu. Brenna ruszyła wzdłuż niego pierwsza, wciąż z różdżką w ręku, rozglądając się. Przystanęła w pewnym momencie, wskazując Victorii fragment ubrania na połamanych gałęziach: pan Collins albo Toby prawdopodobnie tędy przebiegli, a to oznaczało, że tajemnicze zwierzęta o wielkich zębach były gdzieś blisko.
Nic jednak nie dało się dostrzec. Tylko rzeka, błoto, mnóstwo kamieni, kłody drewna i…
…wreszcie też krew oraz głębokie ślady na brzegu – świadczące o tym, że albo jakiś człowiek, albo zwierzę, było w pobliżu.
Brenna na jej widok szybko ruszyła na dół, ostatni metr zbocza, na którym omal się nie potknęła, pokonała skokiem. Zapadła się w błoto nieomal po kostki. Nie ruszyła od razu do miejsca, gdzie znajdowała się krew, a zamarła, rozglądając się, szukając czegoś podejrzanego. Potem powoli zbliżyła się do śladów. Z bliska dało się dostrzec, że to nie tylko krew. Paskudny zapach uderzał wręcz w nozdrza.
- Do licha, mam nadzieję, że to nie Toby – jęknęła Brenna. – Niektóre z tych śladów są chyba ludzkie.
Rzeczywiście, wyglądało na to, że przebiegł tędy człowiek. Utykał chyba i coś mogło go zranić, zwłaszcza, że kawałek dalej znów dało się dostrzec czerwień. Ale nawet jeżeli krew należała do niego, Victoria, nieco lepiej znająca się na komponentach niż sama Brenna, mogła stwierdzić, że rozerwano tu na strzępy raczej jakieś nieduże zwierzę niż człowieka.
Longbottom zrobiła parę kroków w błocie za tropem i znów przystanęła.
– Ta kłoda ma oczy – powiedziała z zadziwiającym spokojem. Była na tyle spostrzegawcza, by dostrzec to, gdy pień, leżący w wodzie tuż przy brzegu, je otworzył. Nie miała jednak pojęcia, z czym mogą mieć do czynienia… mimo tu natychmiast uniosła różdżkę, celując w kłodę, znajdującą się ledwo trzy metry od niej.
Victoria za to, lepiej opanowawszy wiedzę przyrodniczą, po tym, jak Brenna wskazała jej kłodę porośniętą trawą, mogła rozpoznać błotoryja. Duży okaz, z tego nieco bardziej agresywnego gatunku. I wiedzieć, że choć te zwykle żywią się małymi zwierzętami, to potrafią zabić i większe istoty – a kiedy człowiek wejdzie na ich teren, atakować jego nogi… a w większym stadzie stawały się niebezpieczne także dla ludzi i czarodziejów.
Prawdopodobnie nie powinno ich tu być, więc musiały być mocno wyprowadzone z równowagi.
Co gorsza błotoryje często żyły w stadach.
A w okolicy było bardzo, bardzo dużo dziwnych kłód…
Nie była tylko pewna, kiedy u licha, zdoła znaleźć na to czas.
– Czyli wiemy tylko, że nie powinno ich tu być. Miejmy nadzieję, że skoro mugol im zwiał, to nie jest jakieś bardzo wielkie, krwiożercze stado – mruknęła Brenna. Nie mogła tego zignorować, chociaż rozsądniej byłoby wezwać pomoc. Wszystko było po prostu za blisko zabudowań, a zwierzęta – o ile to były zwierzęta – mogły zniknąć nim wrócą ze wsparciem. Była wdzięczna, że Victoria zdecydowała się z nią iść.
Brenna zwolniła, kiedy znalazły się w pobliżu rzeki. Sam jej brzeg – dość błotnisty – był jakieś trzy – cztery metry pod nimi, dało się na niego zejść po stromym zboczu. Brenna ruszyła wzdłuż niego pierwsza, wciąż z różdżką w ręku, rozglądając się. Przystanęła w pewnym momencie, wskazując Victorii fragment ubrania na połamanych gałęziach: pan Collins albo Toby prawdopodobnie tędy przebiegli, a to oznaczało, że tajemnicze zwierzęta o wielkich zębach były gdzieś blisko.
Nic jednak nie dało się dostrzec. Tylko rzeka, błoto, mnóstwo kamieni, kłody drewna i…
…wreszcie też krew oraz głębokie ślady na brzegu – świadczące o tym, że albo jakiś człowiek, albo zwierzę, było w pobliżu.
Brenna na jej widok szybko ruszyła na dół, ostatni metr zbocza, na którym omal się nie potknęła, pokonała skokiem. Zapadła się w błoto nieomal po kostki. Nie ruszyła od razu do miejsca, gdzie znajdowała się krew, a zamarła, rozglądając się, szukając czegoś podejrzanego. Potem powoli zbliżyła się do śladów. Z bliska dało się dostrzec, że to nie tylko krew. Paskudny zapach uderzał wręcz w nozdrza.
- Do licha, mam nadzieję, że to nie Toby – jęknęła Brenna. – Niektóre z tych śladów są chyba ludzkie.
Rzeczywiście, wyglądało na to, że przebiegł tędy człowiek. Utykał chyba i coś mogło go zranić, zwłaszcza, że kawałek dalej znów dało się dostrzec czerwień. Ale nawet jeżeli krew należała do niego, Victoria, nieco lepiej znająca się na komponentach niż sama Brenna, mogła stwierdzić, że rozerwano tu na strzępy raczej jakieś nieduże zwierzę niż człowieka.
Longbottom zrobiła parę kroków w błocie za tropem i znów przystanęła.
– Ta kłoda ma oczy – powiedziała z zadziwiającym spokojem. Była na tyle spostrzegawcza, by dostrzec to, gdy pień, leżący w wodzie tuż przy brzegu, je otworzył. Nie miała jednak pojęcia, z czym mogą mieć do czynienia… mimo tu natychmiast uniosła różdżkę, celując w kłodę, znajdującą się ledwo trzy metry od niej.
Victoria za to, lepiej opanowawszy wiedzę przyrodniczą, po tym, jak Brenna wskazała jej kłodę porośniętą trawą, mogła rozpoznać błotoryja. Duży okaz, z tego nieco bardziej agresywnego gatunku. I wiedzieć, że choć te zwykle żywią się małymi zwierzętami, to potrafią zabić i większe istoty – a kiedy człowiek wejdzie na ich teren, atakować jego nogi… a w większym stadzie stawały się niebezpieczne także dla ludzi i czarodziejów.
Prawdopodobnie nie powinno ich tu być, więc musiały być mocno wyprowadzone z równowagi.
Co gorsza błotoryje często żyły w stadach.
A w okolicy było bardzo, bardzo dużo dziwnych kłód…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.