08.07.2023, 21:00 ✶
Ulysses szedł obok Danielle. Patrzył na nią z ukosa, czując rozchodzące się po ciele ciepło. Myślał o tym, że żyła i mógł z nią spędzić jeszcze trochę czasu. Chociaż dzisiejszy dzień był dla uzdrowicielki naprawdę straszny dzień, młody Rookwood mógł udawać, że jest jej przyjacielem, który pojawił się tutaj by ją wspierać. Mógł nawet udawać, że poprzedni rok wcale się nie wydarzył, że wciąż był ten szczególny czas przed wydarzeniami z lipca siedemdziesiątego pierwszego, gdy niemal zdecydował się zapytać ją czy pójdą na prawdziwą randkę.
Sam z siebie nie skierowałby się do Kniei Godryka. Nawet nie dlatego, że był nieczuły na cudzą tragedię. Nie poszedłby tam, bo każdą decyzję okupował długim zastanowieniem się a tu należało działać szybko. Bardzo szybko.
Ale Danielle wyciągała z niego wszystko, co najlepsze. Przy niej stawał się odrobinę spontaniczny, nawet jeśli jego spontaniczność wynikała tylko i wyłącznie z chęci spędzenia z nią większej ilości czasu. Dzisiaj było niemal dokładnie tak, jak na marszu praw charłaków. Znowu zaangażował się w coś, gdzie sam z siebie najwyżej stanąłby z boku a najchętniej w ogóle by nie patrzył. Kiwnął głową, gdy usłyszał słowa, które powiedziała. Najwyraźniej ich myśli biegły podobnym torem.
- To już się robi naszą małą tradycją – zgodził się cicho. Zacisnął usta krótko po wypowiedzeniu tych słów. O, jakie to było nietrafione. Takie słowa mógł wypowiedzieć tylko ten dziwak Rookwood. Żadna normalna kobieta nie chciałaby kultywować takich tradycji, zganił się w myślach. Niedługo zaczniesz kojarzyć jej się ze wszystkim, co najgorsze. – Znaczy… nie to chciałem powiedzieć.
Rozejrzał się, jakby w poszukiwaniu czegoś niepokojącego, gdy zbliżyli się do wejścia do lasu. Wiedział, że gdyby miało ich coś zaatakować, zrobi wszystko, by uratować Danielle. Ulysses przełknął głośno ślinę słysząc o przyjaznym aurorze, jego powiedzonku i o tym, że idąca obok niego kobieta mogła umrzeć tej nocy kilkakrotnie. Poczuł się niemal tak, jakby dostał cios w brzuch. A przecież nie powinien być zaskoczony, niemal całą noc spędził w strachu przed tym, że Danielle mogła właśnie umierać.
- Było aż tak źle? – zapytał głucho.
!A3
Sam z siebie nie skierowałby się do Kniei Godryka. Nawet nie dlatego, że był nieczuły na cudzą tragedię. Nie poszedłby tam, bo każdą decyzję okupował długim zastanowieniem się a tu należało działać szybko. Bardzo szybko.
Ale Danielle wyciągała z niego wszystko, co najlepsze. Przy niej stawał się odrobinę spontaniczny, nawet jeśli jego spontaniczność wynikała tylko i wyłącznie z chęci spędzenia z nią większej ilości czasu. Dzisiaj było niemal dokładnie tak, jak na marszu praw charłaków. Znowu zaangażował się w coś, gdzie sam z siebie najwyżej stanąłby z boku a najchętniej w ogóle by nie patrzył. Kiwnął głową, gdy usłyszał słowa, które powiedziała. Najwyraźniej ich myśli biegły podobnym torem.
- To już się robi naszą małą tradycją – zgodził się cicho. Zacisnął usta krótko po wypowiedzeniu tych słów. O, jakie to było nietrafione. Takie słowa mógł wypowiedzieć tylko ten dziwak Rookwood. Żadna normalna kobieta nie chciałaby kultywować takich tradycji, zganił się w myślach. Niedługo zaczniesz kojarzyć jej się ze wszystkim, co najgorsze. – Znaczy… nie to chciałem powiedzieć.
Rozejrzał się, jakby w poszukiwaniu czegoś niepokojącego, gdy zbliżyli się do wejścia do lasu. Wiedział, że gdyby miało ich coś zaatakować, zrobi wszystko, by uratować Danielle. Ulysses przełknął głośno ślinę słysząc o przyjaznym aurorze, jego powiedzonku i o tym, że idąca obok niego kobieta mogła umrzeć tej nocy kilkakrotnie. Poczuł się niemal tak, jakby dostał cios w brzuch. A przecież nie powinien być zaskoczony, niemal całą noc spędził w strachu przed tym, że Danielle mogła właśnie umierać.
- Było aż tak źle? – zapytał głucho.
!A3