09.07.2023, 00:27 ✶
W pomieszczeniu robiło się – o zgrozo – coraz bardziej tłoczno. Z jednej strony w jakiś sposób cieszyło – Moody nie był pozbawiony wsparcia bliskich mu osób, z drugiej… nie rozumiała tego dziwnego uczucia, którego opanowanie przychodziło z trudem. Choć czy w ogóle można mówić o opanowaniu, gdy wszelkie możliwe pragnienia były aż nadto żywe i wręcz dosłownie bolały? Bo to był ból – kurczowe trzymanie się granicy, jaką onegdaj nakreśliła z jakiegoś powodu nie było tym, co chciała robić, ale jednocześnie rozum podpowiadał, że to najlepsze, co mogła teraz zrobić.
Odkryła też dziwną irytację, gdy Bertie się wepchnął bez pardonu – no hej, ja tu jestem, chciałoby się rzec. Ale zmilczała; kiedyś nie zrobiłaby o to awantury, tym bardziej nie powinna i teraz, a już nie w obecnych okolicznościach przyrody.
Alastor był najważniejszy, a nie to, co siedziało w jej łepetynie, wyimaginowane bądź nie.
Dlatego naprawdę się starała. Starała się nie mieć wszystkiego wypisanego na twarzy, co też nie było łatwym zadaniem, zwłaszcza że najzwyczajniej w świecie była zmęczona. Zmęczona utrzymywaniem ciągłej gardy, by pokazać najbliższym, że naprawdę jest dużą dziewczynką i nie muszą się o nią martwić, a klątwa to chuj – prędzej czy później uda się ją złamać i koniec, kropka, nawrzuca wtedy Voldemortowi tak, że odpadną mu uszy, a zadek wręcz uschnie i nie będzie mógł na nim siedzieć.
Musiała być silna, w końcu była cholerną Bones, brygadzistką, nie wypadła sroce spod ogona. Żadna z niej delikatna panienka rodem z wyższych sfer, wyegzaltowana i mdlejąca przy byle okazji, wręcz na pokaz.
Nie mogła pozbyć się wrażenia, iż w tym pomieszczeniu napięcie jedynie wzrastało. Wzrastało. I nagle wybuchło, a spojrzała z powrotem na Alastora z pewnym niezrozumieniem w oczach. Nie trwało to długo, bo trudno, żeby nie wszystko nie wskoczyło na odpowiednie miejsca, gdy doskonale się wiedziało, jakie zdolności posiadała kuzynka.
Było źle, teraz – jeszcze gorzej.
Coś w Mavelle kazało przywarować u boku Moody’ego, a jednocześnie – fuknąć na cholerną Lestrange i niego samego, że nie mają prawa naskakiwać na Dani. A już na pewno nie dziś. Tak, była rozdarta jak jasna cholera. Tak, zdawała sobie sprawę z tego, iż było to naruszenie prywatności, co też ukłuło, bo niekoniecznie chciała się zdradzać z całą gamą uczuć, jaką teraz w sobie nosiła, a jak podejrzewała – Dani miała teraz wszystko na widoku. Ale nie była zła.
Nie potrafiła być zła w tej chwili, mając świadomość, że zaraz Longbottomówna usłyszy wieści, których przecież z pewnością miała nadzieję nie usłyszeć. Zabrakło jej też jakichkolwiek słów – werbalne i wyraźne opowiedzenie się po którejś ze stron nagle zdawało się być czymś wręcz nadludzkim. Ba, odruchowo już postąpiła ten krok, drugi, w stronę Alastora, już wyciągała rękę, by ponownie ułożyć ją na ramieniu mężczyzny w geście wsparcia, ale przecież…
… była zimna. Była inna.
Przypomnienie sobie o tym spowodowało, iż dłoń opadła. Na domiar złego, swoje trzy knuty dorzuciła Eden, która z pewnością była całkiem ciepła, nie powodowała, iż komu innemu robiło się zimno, i miała czelność się wpieprzyć przed nią. Między nich. Zabolało, co przyjęła z zaskoczeniem, bo nie czułaby tego nawet wtedy, gdy byli razem. Ale teraz…? Teraz się spłoszyła – obrazów we własnym umyśle, które pojawiły się nieproszone, nie wiadomo skąd i podpowiadały rzeczy, o których naprawdę normalnie by nie pomyślała.
Spłoszyła się, to raz. Dwa, w przebłysku rozsądku zrozumiała, że uczucia przychodziły i odchodziły. Partnera przecież można było zmienić, tym łatwiej, jeśli obrączka nie błyszczała na palcu – a oni nawet nie mogli już się wzajemnie partnerami nazywać. Ale rodzina…? Rodzina zostawała tak naprawdę na zawsze. Musiała coś wybrać. I wybrała, mimo że nie mogła pozbyć się wrażenia, iż przez to coś w niej właśnie umierało. Śmiercią bolesną i niezwykle krwawą.
- … to ja może lepiej pójdę po kawę – rzuciła w końcu, dość słabym głosem, wycofując się w stronę drzwi, żeby w końcu odwrócić się na pięcie i wypaść na korytarz.
Odkryj wiadomość pozafabularną
Odkryła też dziwną irytację, gdy Bertie się wepchnął bez pardonu – no hej, ja tu jestem, chciałoby się rzec. Ale zmilczała; kiedyś nie zrobiłaby o to awantury, tym bardziej nie powinna i teraz, a już nie w obecnych okolicznościach przyrody.
Alastor był najważniejszy, a nie to, co siedziało w jej łepetynie, wyimaginowane bądź nie.
Dlatego naprawdę się starała. Starała się nie mieć wszystkiego wypisanego na twarzy, co też nie było łatwym zadaniem, zwłaszcza że najzwyczajniej w świecie była zmęczona. Zmęczona utrzymywaniem ciągłej gardy, by pokazać najbliższym, że naprawdę jest dużą dziewczynką i nie muszą się o nią martwić, a klątwa to chuj – prędzej czy później uda się ją złamać i koniec, kropka, nawrzuca wtedy Voldemortowi tak, że odpadną mu uszy, a zadek wręcz uschnie i nie będzie mógł na nim siedzieć.
Musiała być silna, w końcu była cholerną Bones, brygadzistką, nie wypadła sroce spod ogona. Żadna z niej delikatna panienka rodem z wyższych sfer, wyegzaltowana i mdlejąca przy byle okazji, wręcz na pokaz.
Nie mogła pozbyć się wrażenia, iż w tym pomieszczeniu napięcie jedynie wzrastało. Wzrastało. I nagle wybuchło, a spojrzała z powrotem na Alastora z pewnym niezrozumieniem w oczach. Nie trwało to długo, bo trudno, żeby nie wszystko nie wskoczyło na odpowiednie miejsca, gdy doskonale się wiedziało, jakie zdolności posiadała kuzynka.
Było źle, teraz – jeszcze gorzej.
Coś w Mavelle kazało przywarować u boku Moody’ego, a jednocześnie – fuknąć na cholerną Lestrange i niego samego, że nie mają prawa naskakiwać na Dani. A już na pewno nie dziś. Tak, była rozdarta jak jasna cholera. Tak, zdawała sobie sprawę z tego, iż było to naruszenie prywatności, co też ukłuło, bo niekoniecznie chciała się zdradzać z całą gamą uczuć, jaką teraz w sobie nosiła, a jak podejrzewała – Dani miała teraz wszystko na widoku. Ale nie była zła.
Nie potrafiła być zła w tej chwili, mając świadomość, że zaraz Longbottomówna usłyszy wieści, których przecież z pewnością miała nadzieję nie usłyszeć. Zabrakło jej też jakichkolwiek słów – werbalne i wyraźne opowiedzenie się po którejś ze stron nagle zdawało się być czymś wręcz nadludzkim. Ba, odruchowo już postąpiła ten krok, drugi, w stronę Alastora, już wyciągała rękę, by ponownie ułożyć ją na ramieniu mężczyzny w geście wsparcia, ale przecież…
… była zimna. Była inna.
Przypomnienie sobie o tym spowodowało, iż dłoń opadła. Na domiar złego, swoje trzy knuty dorzuciła Eden, która z pewnością była całkiem ciepła, nie powodowała, iż komu innemu robiło się zimno, i miała czelność się wpieprzyć przed nią. Między nich. Zabolało, co przyjęła z zaskoczeniem, bo nie czułaby tego nawet wtedy, gdy byli razem. Ale teraz…? Teraz się spłoszyła – obrazów we własnym umyśle, które pojawiły się nieproszone, nie wiadomo skąd i podpowiadały rzeczy, o których naprawdę normalnie by nie pomyślała.
Spłoszyła się, to raz. Dwa, w przebłysku rozsądku zrozumiała, że uczucia przychodziły i odchodziły. Partnera przecież można było zmienić, tym łatwiej, jeśli obrączka nie błyszczała na palcu – a oni nawet nie mogli już się wzajemnie partnerami nazywać. Ale rodzina…? Rodzina zostawała tak naprawdę na zawsze. Musiała coś wybrać. I wybrała, mimo że nie mogła pozbyć się wrażenia, iż przez to coś w niej właśnie umierało. Śmiercią bolesną i niezwykle krwawą.
- … to ja może lepiej pójdę po kawę – rzuciła w końcu, dość słabym głosem, wycofując się w stronę drzwi, żeby w końcu odwrócić się na pięcie i wypaść na korytarz.
Postać wychodzi, ale prawdopodobnie powróci.