— Miło mi poznać, Saro — odpowiedział, nie wyłapując komizmu. Był jedną z tych nielicznych osób, które we wszelkich mniejszych lub większych ułomnościach ciała doszukiwał się piękna przezwyciężania cierpienia, nie powodów do śmiechu. W Sarah dostrzegł dużą pewność siebie. Nie rozczulała się nad swoją wadą wymowy, tylko w bezpośredni sposób podała wskazówki dotyczące jej imienia dla jasności.
Martin zaciekawiony był, cóż takiego odkryje w pergaminach z rodziny Parkinson. Religia stanowiła dla niego jeden z działów filozofii — cieszyło go zlecenie trafiające w krąg jego zainteresowań.
Limbo? Powściągliwa natura Croucha nie zdradzała ekscytacji narastającej w czarodzieju. Pergaminy zachowane były w bardzo dobrym stanie, co doceniał. Nic gorszego, gdy przynoszono mu wyblakłe i porozrywane kartki. On był tylko tłumaczem, nie łamaczem szyfrów.
— Tak, Limbo — potwierdził przeczesując wzrokiem pierwszą stronę. Nawet nie zauważył zamyślenia Sarah, gdyż sam już zanurzył się w lekturze. — Czy te wszystkie strony są częścią większej całości? Jest to jakiś esej, artykuł, notatki...?